Beskid Makowski

Kilka słonecznych dni i optymistyczne prognozy na weekend sprawiły, że z pewną niecierpliwością wyczekiwałem niedzieli. W końcu można było zaplanować jakiś dłuższy wyjazd w góry, trochę w poszukiwaniu wiosny, trochę w celu sprawdzenia nogi. Trasę ułożyłem tak, by na dystansie ok. 130 km skondensować możliwie dużo różnorodnych podjazdów, a ostatnie 30 km przejechać po płaskich odcinkach. Do niedzieli zelżał też halny wiejący od Tatr i tylko zachodnie wiatry, mogły nieco utrudniać jazdę.

 

Staruję o 5:15. Jest zaskakująco ciepło jak na tę porę dnia i pierwsze dni marca. Na skrzyżowaniu ul. Stelli-Sawickiego z Al. Jana Pawła II spotykam Marka i Tyska, którzy wybierają się na północny-zachód od Krakowa. Krótka rozmowa i rozjeżdżamy się w przeciwnych kierunkach. Przejazd przez puste, śpiące jeszcze miasto. Robi się coraz jaśniej, granaty ustępują pola i na niebie pojawiają się kolejne, cieplejsze kolory.

Brzask w okolicach Płaszowa.

Świt i pierwsze ciepłe promienie słońca zastają mnie tuż przed Świątnikami: bursztynowe światło zawieszone nisko nad pagórkami. Zatrzymuję się dla kilku kadrów, kilkanaście innych pomijam – trudny wybór, jechać czy fotografować, w końcu to poranna „magic hour” 🙂 Na szybkich zjazdach w dolinę Raby znów wieje chłodem, podobnie na pustej „starej zakopiance”, która tonie w cieniach. Po dwóch godzinach jazdy zatrzymuję się w Stróży na drugie śniadanie; przyda się, przede mną pierwszy dłuższy podjazd, doliną potoku Trzebunka, na przełęcz Dział. Tradycyjnie już czuję, jak mój organizm powoli, acz konsekwentnie wchodzi w inny tryb pracy. Swoboda ruchu pojawia się dopiero po 50 km jazdy, w sam raz gdy „dobijam” w wyraźnie bardziej stromą końcówkę.

Końcówka podjazdu pod Przeł. Dział.

Po krótkim i szybkim zjeździe, w Bieńkówce skręcam w prawo, na Harbutowice. Podjazd od razu wkracza w dwucyfrowe rejestry. Leśna końcówka i przyjemny widok na północny-zachód. Znów robię się głodny, a zaciszny skraj lasu zachęca do krótkiej przerwy.

Dział – krótka przerwa.

Z asfaltu skręcam w lewo, początkowo jadąc między domami stojącymi tuż poniżej przełęczy, po czym skręcam ostro w stromą, szutrową leśną drogę. Wypinam buty, bo kamienie całkiem tu spore, a i stromizna niczego sobie. Cała radość z jazdy rowerem crossowym objawia się właśnie na takich fragmentach. Typowy szosowiec nic tu nie poradzi … ja po niespełna kilometrze znów mogę przywitać się z asfaltem i lecę nim w dół przez wieś Baniówka na Baczyn.

Stromy zjazd do wsi Baniówka.

Kolejne kilometry upływają na dojeździe do Jachówki, skąd startuje chyba najbardziej znany podjazd Beskidu Makowskiego, czyli „słynna Makowska”, ochrzczona na Stravie „Rzeźnią pod Makowem”.  Byłem tu niecały rok temu. Zwabiła mnie wówczas legenda tego podjazdu. Tym razem poszło zupełnie gładko; czułem się znacznie mocniejszy, nie walczyłem o przetrwanie, a po prostu wjechałem. Cóż, trzeba będzie tu wrócić w trakcie sezonu, by spróbować pojechać nieco szybciej ;-).

Babia Góra widoczna z drogi prowadzącej do Makowa Podhalańskiego.

Znając plany kolegów z „grupy krakowskiej”, którzy też za cel obrali sobie m.in. Górę Makowską, spodziewałem się, że spotkamy się gdzieś na stromiznach tego podjazdu. Zjeżdżam i fotografuję co bardziej charakterystyczne fragmenty, aż w końcu pojawiają się sylwetki kolegów. Zanim jednak wyhamuję, wyciągnę aparat i skadruję mija mnie Lunatyk, za którym ciągnie Kawerna.

Lunatyk

Kawerna

Chwilę rozmawiamy, po czym koledzy odpalają na zachód, przez Maków Podhalański na Przełęcz Kocierską, a ja kieruję się na północ, w rejon Kalwarii Zebrzydowskiej. Górki robią się niższe, ale jest ich całkiem sporo. Kolejne podjazdy, ścianki, wąskie i kameralne asfalty i trochę terenu. Przekraczam linię kolejową i przyjemną, szeroką gliniastą droga zjeżdżam do doliny potoku Cedron, mijając sakralną zabudowę Kalwarii.

Stacje drogi krzyżowej w Kalwarii Zebrzydowskiej.

Słońce ostatecznie zdaje się wygrywać walkę z chmurami, robi się wyraźnie cieplej i nieco rozleniwiony tą wiosenną aurą nieśpiesznie wjeżdżam zawijasami drogi na rynek w Lanckoronie. Miasteczko jak zwykle urzeka architekturą, spokojem, niedzielną sennością, w której wyjątkowo smakuje kawa i spory kawałek szarlotki. Jest południe, za mną nieco ponad 100 km, więc do przejechania zostało nieco ponad 60 km. Kilka zaplanowanych wcześniej podjazdów, nie zmienia znacząco ogólnego charakteru dalszej trasy; czyli będzie raczej z górki 😉

Na kawie w Lanckoronie.

Po szybkim zjeździe i osiągnięciu drogi krajowej 52 mijam Izdebnik, za którym skręcam w lewo, w zalesiony i bardzo przyjemny podjazd do Podchybia, skąd rozpościerają się rozległe widoki na niższe, zachodnie partie Pogórza Wielickiego. Mijam znane mi dobrze rejony Radziszowa i ciągle w słońcu wjeżdżam na ostatnie wzniesienie ze wsią Jurczyce. Jeszcze tylko „hopka” przed wsią Zelczyna i melduję się na moście nad kanałem Łączany-Skawina.

Kanał Łączany – Skawina

Miejscowi włodarze zadbali tu o stan dróg, więc wzdłuż kanału, a potem doliną Wisły jedzie się bardzo szybko. Dodatkowo nieco pomaga mi zachodni wiatr, więc bez większych problemów na dystansie kolejnych 20-25 km mogę utrzymywać średnią 35 km/h. Do Krakowa wjeżdżam drogą rowerową na której gwałtownie wzrasta liczba jeżdżących. Rowerzyści, rolkarze, spacerowicze, puszczone samopas psy, wpatrzone w siebie pary … Wiosna 🙂 Zwalniam i po chwili, bezwolnie wtapiam się w ten wielkomiejski obrazek. Gdzieś pod Wawelem zaczynam cieszyć się aurą, tym specyficznym niedzielnym, spacerowym klimatem i faktem, że tyle osób wybrało pobyt nad brzegiem Wisły, … wolnym od smogu, mgieł i szarości.

 

Dodaj komentarz