Cztery doliny, trzy przełęcze, dwa dni …

Piękna, długa tura, w sam raz na intensywny wypad w góry. Trasa obejmuje walne doliny tatrzańskie, wysokie przełęcze i daje wgląd w dziki krajobraz wysokogórski.

IMGP4678
IMGP4832

Szlak:  Jaworina – Dolina Jaworowa – Lodowa Przełęcz (Sedielko, 2372 m n.p.m) – Dolina Małej Zimnej Wody – Czerwona Ławka (Priečne sedlo, 2352 m n.p.m.) – Dolina Staroleśna – Przełęcz Rohatka (Prielom, 2288 m n.p.m.) – Dolina Białej Wody – Łysa Polana  

Czas przejścia całej trasy (w warunkach letnich):

Dzień pierwszy (7h):

  • Jaworina – Dolina Jaworowa – Lodowa Przełęcz – 3h30min
  • Lodowa Przełęcz – Dolina Małej Zimnej Wody (początek żółtego szlaku na Czerwoną Ławkę) – Czerwona Ławka – 2h
  • Czerwona Ławka – Schronisko Zbójnicka Chata w Dolinie Staroleśnej – 1h30min

Dzień drugi (6h45min):

  • Zbójnicka Chata – Przełęcz Rohatka – Polana Pod Wysoką – 4h30min
  • Polana Pod Wysoką – Łysa Polana – 2h15min

Mapy: http://www.tatry.nfo.sk/

Relacja:

Czwarta rano. Ładujemy się do auta i wyjeżdżamy z Krakowa. Zaokienna ciemna, chłodna i mokra noc niespiesznie przechodzi w świt. Zamglona dolina Raby, serpentyny okolic Rabki i znów mgły w Kotlinie Nowotarskiej. Sakramentalne zaklęcie „o, patrz, przejaśnia się” powtarzamy średnio co dziesięć kilometrów. W Łysej Polanie chmury opierają się swoimi ciężkimi brzuchami o mokry asfalt. Na parkingu w Jaworinie doskonale już wiemy, że za moment solidnie się rozpada. Ruszamy w głąb Doliny Jaworowej. Stary asfalt, wypłukany przez deszcze i okresowo płynące nim strugi wody, po chwili zamienia się w normalną górską ścieżkę. Podchodzimy przez reglowe świerczyny, mocno przetrzebione przez wyręby. Wśród białych kłębów chmur, w oddali, toną schowane, ciemne zerwy Lodowego Szczytu. Tymczasem pierwsze krople deszczu nad wyraz szybko zmieniają się w ulewne strugi. „Super…” zwłaszcza, że las rzednie i nie za bardzo jest gdzie się schować. Dobrze, że nogi same niosą. Na szczęście na progu Zadniej Doliny Jaworowej deszcz ustaje, a my w końcu możemy zdjąć kaptury i napić się herbaty. Wieje. Wpatrujemy się w stoki Lodowego Szczytu i podejście pod Lodową Przełęcz przysypane świeżym śniegiem. Błękitna plama nieba nad głową. „O, patrz, przejaśnia się!!”. Na Lodowej Przełęczy wiatr jest na tyle silny, że z trudem łapiemy oddech. Przypominają się czytane w dzieciństwie karty z książki Wawrzyńca Żuławskiego „Tragedie tatrzańskie” i opisana w nich tragedia rodziny Kaszniców, która rozegrała tuż poniżej miejsca w którym jesteśmy. Po drugiej stronie grani Tatr kotłują się chmury – dobry znak, „będzie lepiej Bracie!” , mówię i zaczynamy schodzić na południe. Pamiętam dobrze ten odcinek, sprzed lat – stromy, potrzaskany żleb, nierzadko z płatem śniegu. Dziś schodzi się zakosami, po drewnianych stopniach, z balustradą. Brzydko to wygląda. Mały, zaciszny kociołek pod Lodową Przełęczą wita nas słońcem. Z niedowierzaniem, ale i radością rozkładamy się na zasłużony popas. Słodycze, herbata, skręcony papieros, rzut oka na mapę, altymetr. Pusto tu dziś. Cicho. Po chwili pniemy się za żółtymi znakami w kierunku kolejnej przełęczy. Czerwona Ławka … wąskie wcięcie w bocznej grani, pomiędzy Spągą, a Małym Lodowym Szczytem. A po środku sterczy „ząbek” Małej Spągi. Na łańcuchach plecaki zawadiacko wyważają do tyłu. Żwawe ruchy, trochę zadyszki, na koniec czujny trawers. I pierwsi spotkani dziś ludzie wciśnięci w wąską grań. Oni też schodzą do Zbójnickiej Chaty. Podziwiamy rozświetloną zachodnią ścianę Łomnicy i rozległy masyw Durnego Szczytu, by po krótkim zejściu znów przysiąść na wygrzanych kamieniach, gdzieś u stóp południowej ściany Ostrego Szczytu. Powietrze pachnie latem. Suszymy kurtki. Jest leniwie, beztrosko, spokojnie. Długie zejście przez Siwą Kotlinę i Strzeleckie Pola. Kolejne stawki, progi, zakosy szlaku, kroki i słowa rozmowy. Docieramy do schroniska, zajmujemy dwa miejsca na poddaszu i z kuflami piwa w dłoniach, w końcu, „meldujemy się” w jadalni. Jest gwarno, wesoło, głównie za sprawą wina, becherowki, wiśniówki i herbatek „z prądem”. Wszystkim parują już lekko głowy. Ok, wystarczy, pora spać …

Szósta rano …

Dużo płynów …, solidne śniadanie. Jakiś jegomość bez obciachu wlewa sobie w termos wrzątek, który zabulgotał w przytaszczonej menażce i podgrzany na własnej kuchence. „Delikatnie” tłumaczę mu, co o tym myślę, ale cielęce spojrzenie jakim mnie obdarza mówi mi, że tym razem trafiłem na wyjątkowo tępy egzemplarz homo sapiens. Bywa. Za to poranek „budzi” we mnie fotografa. Pstrykam kilkanaście klatek, Marcyś nieświadomy niczego „pozuje”. Zimny wiatr. Wychodzimy o siódmej. Na niebie tańczą chmury, a my mozolnie podchodzimy pod Rohatkę. Zakosy, trochę płytowych prożków, na koniec skalisty żleb. Siadamy okrakiem na wąskiej przełęczy. Po drugiej stronie ponure, bo zacienione dno Świstowej Kotliny, ku której będziemy za chwilę schodzić. Za chwilę … bo na razie cieszymy oczy widokami. Marcin zwiesza się na klamrach. Na tafli Zmarzłego Stawu pod Polskim Grzebieniem tym razem brak brudnej kry lodu. Z dołu podchodzą chmury. Będzie deszcz … Tymczasem mijamy litwory i w słońcu powolnie skrywanym przez gęstniejące białe obłoki osiągamy próg doliny Kaczej. Uwielbiam ten zakątek Tatr. Dziki, odległy, głęboko skryty w głębi gór. Wspólne zdjęcie, a za plecami Rumanowy, Żłobisty i Ganek. Wchodzimy w las. U-kształtna dolina Białej Wody, zerwy Młynarczyka i Młynarza. Zaczyna padać, więc nieco żwawiej przebieramy nogami. W końcu chowamy się pod wiatą. Gotujemy obiad. Ciągle sami w górach. Żal wracać. Długie, bez końca prawie zejście do Łysej Polany. Dwa dni, trzy przełęcze, cztery doliny … krok za krokiem, a ja ciągle powtarzam sobie stare przysłowie chińskie: „Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić”. Dzięki Bracie!

1 Komentarz

  1. Marcin

    dzięki z tą relację 🙂 , masa wspomnień

    Powtórz

Dodaj komentarz