Debiut na dystansie 300 km

No i stało się – przejechałem dystans 300 km non-stop! 🙂 Satysfakcja jak dla mnie porównywalna do tej, jaką czułem po pierwszym w życiu przejściu drogi wspinaczkowej w stopniu VI.4 RP. Wysiłek spory, choć regularny trening, koncentracja podczas jazdy i trzymanie się przyjętych założeń pomogły mi przetrwać taką próbę, bez większych problemów. No i co najważniejsze, to ponad połowa dnia na rowerze, więc było kiedy nacieszyć się urozmaiconą kolarsko trasą i do tego, bardzo ciekawą krajobrazowo. Ja wybrałem Ponidzie i Góry Świętokrzyskie, w które z Krakowa jest równe 150 km.

 

Po ostatnim, dwudniowym wypadzie w Tatry nabrałem ochoty na długi, jednodniowy wyjazd, a że miałem już świadomość tego jak smakuje 200 km w górach, naturalnym wyborem stał się dla mnie dystans o 100 km dłuższy. Dość szybko przyszedł mi też wybór kierunku … Na południe od Krakowa nie chciałem jechać, nie dlatego, że sporo tam gór (które kocham, również jako rowerzysta, a na „górski maraton” jeszcze przyjdzie pora), a dlatego, że zbyt dobrze znam Karpaty. Z kolei, oba równoleżnikowe kierunki: zachodni i wschodni, z perspektywy Krakowa, są zbyt płaskie i monotonne. I tak drogą dalszych eliminacji zrezygnowałem z Jury, zarówno jej bardziej zachodniej części, jak i dobrze znanej środkowej oraz wschodniej, na rzecz Ponidzia i Gór Świętokrzyskich. Zacząłem wyznaczać trasę; najpierw krajówką do Proszowic, potem podrzędnymi drogami przez liczne garby do Doliny Nidy, by klucząc i przecinając zalesione wzniesienia z rezerwatami Natura 2000 przedostać się w rejon Niecki Łagowskiej, z której wjechać można wprost na kulminację Łysej Góry – 594 m. n.p.m. (in. Święty Krzyż), z charakterystyczną wieżą telewizyjną i zabudową sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego. A więc wszystkiego po trochu; są podjazdy i długie proste, jest półmetek w fajnym miejscu, jest sporo nowych, albo dawno nie odwiedzanych rejonów. Powrót wyznaczyłem bardziej na wschód, by zahaczyć o Łagów, Szydłów, okolice Buska Zdroju i Wiślicy, by na koniec znów wrócić do Proszowic, skąd już tylko jeden skok do Krakowa.  I tak oto pojawiła się trasa licząca 312 km, z nieco ponad 2400 m podjazdów.

trip-10261200-map-full

Dystans: 312 km
Czas jazdy: 12h:26min
Podjazdy: 2433 m
Trasa: https://www.strava.com/activities/660015910

Budzik zadzwonił o 3:30, co przyjąłem, o dziwo, ze sporym spokojem – widać dobrze mi się spało i nawet nie udzieliła mi się przedwyjazdowa adrenalina, którą mocno czułem choćby dzień wcześniej. Płatki kukurydziane z suszonymi owocami, mleko, 3 kromki białego pieczywa z konfiturą, 150 g białego sera i kubek kawy. Ten lekko strawny miks pozwolił mi nabrać wigoru. Za oknem 150C, więc na cienką i termoaktywną bluzę z długim rękawem narzucam jedynie rozpinaną kamizelkę. Do tego nowe spodenki od Questa (polecam!) i zbieram się po rower. W podsiodłówkę wrzucam jeszcze spodnie gore, kurtkę na deszcz, ochraniacze na buty, koszulkę rowerową i dwie kanapki. Batony i żel wraz z powerbankiem lądują w torbie na ramie. Dwa bidony 0.75 l każdy, to zapas picia na pierwsze 100 km. Wyjeżdżam o 4:20, gdy zaczyna szarzeć i właściwie tuż za Nową Hutą robi się na tyle jasno, że mogę wyłączyć przednie oświetlenie. Po 50 minutach jazdy drogą nr 776 witam wschód słońca, będąc gdzieś w okolicach wsi Stefanówka.

swk1

Wschód słońca przed Proszowicami.

Droga opada do doliny rzeki Szreniawy. Szybko przemykam przez zaspane i ciche Proszowice i skręcam na północ, by za Klimontowem, na małym rondzie zjechać w podrzędną i lokalną drogę. Pierwszy niewielki podjazd przed Czuszowem znaczy początek Płaskowyżu Proszowickiego, przez którego pofalowaną wierzchowinę jadę przez kolejne kilkanaście kilometrów. W płytkich, nieckowatych dolinkach stoją jeszcze mgły, za to wypukłe garby mocno oświetla słońce. Wstaje upalny dzień.

Skąpany w słońcu jeden z wielu garbów Płaskowyżu Proszowickiego.

Skąpany w słońcu jeden z wielu garbów Płaskowyżu Proszowickiego.

W cichym jeszcze Skalbmierzu mijam imponujący kościół św. Jana Chrzciciela, w chwilę potem zacienione i wyjątkowo zimne dno doliny rzeki Nidzicy, po czym zaczynam podjazd do wsi Drożejowice. Cała ta seria, zjazdów i krótkich wspinaczek (na ogół 1.5-2 km, 50-60 m, śr. 3-4%) daje dużo frajdy i stanowi o bardzo przyjemnym, urozmaiconym charakterze tej części trasy.

Rozjazd dróg we wsi Mozgawa, tuż po zjeździe przez zalesione wzgórza Kozubowskiego Parku Krajobrazowego.

Rozjazd dróg we wsi Mozgawa, tuż po zjeździe przez zalesione wzgórza Kozubowskiego Parku Krajobrazowego.

Podobny charakter ma kolejne 20 km trasy, czyli odcinek wiodący przez Kozubowski Park Krajobrazowy i Zakrzów do Pińczowa. Zaczyna się on krótkim podjazdem do Sypowa (2.2 km), a następnie wiedzie krętą i zalesioną drogą przez wzniesienia Kozubowskiego Parku Krajobrazowego. Cudny, kręty, a przy tym szybki zjazd do Zakrzowa wśród drzew pozwala cieszyć się prędkością. W Skrzypiowie skręcam w prawo i drogą nr 766 dojeżdżam do mostu nad Nidą i Pińczowa. Na „zwiedzanie” miasta nie za bardzo mam czas i ochotę, więc od razu wkręcam się w podjazd wyprowadzający na północ i pomimo iż jest mi już za gorąco, jadę jeszcze 10 km. Pierwszy dłuższy postój (20 min) robię w Kijach (85 km): przebieram się, zjadam kanapki, suszę w mocnym słońcu bluzę, a za „bazę” robi dla mnie przystanek, z którego jak się dowiaduję, w ciągu tygodnia odjeżdża raptem 5 kursów …

Przystanek w Kijach.

Przystanek w Kijach.

Do Morawicy i małego zbiornika zaporowego na rzece Morawce jadę długimi prostymi. Zatrzymuję się bo akurat wypada 100 -tny km trasy i przy okazji robię kolejne zdjęcie popsutym telefonem :-).

swk6

Nad zbiornikiem na rzece Morawka.

Kolejne 15 km upływają na szybkim przejeździe przez niewielki wododział rozdzielający doliny rzek: Morawki i Belnianki. Mijam kolejny mały zbiornik w Borkowie i skręcam w prawo. Dalej trasa wiedzie ku północnemu-zachodowi, lekko pofalowanym zboczem doliny Belnianki. Cały czas trzymam niezłą jak dla mnie średnią 28-30 km/h. Czuję jednak jak szybko wzrasta temperatura powietrza i niestety kończy się też picie. Na 128 km trasy, w miejscu gdzie przecinam krajową drogę 78 wpadam na jedną z nielicznych mijanych do tej pory stacji benzynowych w Napękowie. Uzupełniam płyny, przepijam baton puszką Coli i zaczynam ostatni odcinek prowadzący przez wsie: Bieliny i Huta Szklana na kulminację Łysej Góry. To zdecydowanie najciekawszy fragment trasy; kilkanaście kilometrów w trakcie których głównie podjeżdżam. Tempo siada, ale wobec panujących temperatur (300C) i faktu, że jestem na symbolicznym półmetku trasy, nie mam specjalnych powodów by cisnąć mocniej. Zasadniczy podjazd  (2.4 km, 155m, 6%) przypomina mi trochę czasówkę do krakowskiego ZOO. Kręcę z mozołem, z wystawionym w górę lewym kciukiem, bo co chwila mijają mnie rozpędzeni i zjeżdżający kolarze.  W lesie, choć jest nieco chłodniej czuje się duszność powietrza. Mijam wieżę TV, bazylikę, jakieś małe punkty gastronomiczne i szukam miejsca dla siebie. Trochę cienia w przewiewie zajmuję na nie więcej niż 10 min. Sporo piję, dzwonię do domu, pstrykam pamiątkową fotkę i zawijam się w dalszą drogę …

Odrobina cienia na Łysej Górze. Kask ląduje na kierownicy...

Odrobina cienia na Łysej Górze. Kask ląduje na kierownicy…

Zjazd do podnóża Łysej Góry to czysta przyjemność, choć ja niestety, pechowo pakuję się na dwa, wolno jadące samochody, które ostatecznie wyprzedzam dopiero po skręcie na Hutę Szklaną. We wsi Koszary skręcam w lewo w drogę nr 753 i jej poboczem (znakowana droga rowerowa) podjeżdżam wzdłuż pasma Łysej Góry. Jest upalnie, ale na szczęście pojawia się też lekki, zachodni wiatr. Zmiana kierunku jazdy następuje kilka kilometrów dalej, gdzie na rondzie wybieram drogę 756 prowadzącą do Łagowa.  To bardzo ładny fragment, wśród pól, które wypełniają obniżenia między zalesionymi, niewysokimi pasmami Gór Świętokrzyskich. No i w dół, do samego Łagowa, gdzie skręcam w lewo, w malowniczą dolinkę potoku Łagowica, którą lekko w górę jadę przez kolejnych 10 km. W Nowej Zbylutce skręcam ostro w prawo i przez ściankę i dalej całkiem „sprężny” podjazd dojeżdżam do Starej Zbylutki (1.8 km, 88 m, 5%).  Po tym segmencie czuję kłucie w lewej stopie; wypinam więc oba buty z zapięć spd i przez kolejne kilka kilometrów prowadzących do Rakowa zjeżdżam na platformach. Podziałało – kłucie mija. Postanawiam zrobić przerwę w bliskim już Szydłowie, gdzie na wysokości starych murów obronnych skręcam w prawo i lekko pod górkę wjeżdżam na rynek.

Szydłów ... 195 km trasy i największy upał podczas wyjazdu ... Cienia!!!

Szydłów … 195 km trasy i największy upał podczas wyjazdu … Cienia!!!

Objeżdżam Rynek. Na chwilę wchodzę nawet do restauracji, ale zniechęca mnie menu. W cukierni kupuję dwa ciastka i picie. W końcu przejeżdżam na drugą stronę Rynku i ładuję się z rowerem do samoobsługowego sklepu spożywczego. Tuż za drzwiami wita mnie chłód klimatyzatorów, jest miejsce na zostawienie roweru, więc z rozkoszą wchodzę między regały. Dwie zimne puszki Coli, dwa lody śmietankowe w polewie czekoladowej, jeden z orzechami 😉 … i rzecz jasna kolejna porcja picia do bidonów. Płacę i od razu zasiadam w chłodnym przedsionku sklepu – genialna regeneracja przez 20 min w temperaturze 200C.

W drogę 756 wjeżdżam pomimo znaków informujących o koniecznym objeździe i kieruję się na południowy-zachód. Od asfaltu bije żar, ale na szczęście zaczyna też mocniej wiać, co przyjmuję z radością, pomimo iż wieje w twarz …  Niebezpiecznie szybko rozwijają się też wysokie chmury kłębiaste, więc wietrzę nadciągające burze … Nic to, myślę … i napieram dalej, zwłaszcza że na liczniku wyświetla się już 222 km trasy i wyraźnie zrobiło się chłodniej. Krótki, lesisty odcinek w Widuchowej przed Buskiem Zdrojem witam z dziką radością. Odpuszczam pierwotny plan przejechania się przez to uzdrowisko i bocznymi drogami objeżdżam miasto od wschodu. Dalej jest z górki i po kilkunastu kilometrach znów jestem w dolinie Nidy. Wiślica warta jest zwiedzenia, zwłaszcza bazylika kolegiacka, ale że już kiedyś tam byłem lecę dalej. Postanawiam też zjechać z dość ruchliwej 776-ki w boczne drogi, a tuż za Grodowicami skręcam w szutrowy i stromy zjazd. Ostre, białe margle tną po oponach, jest też błoto i koleiny. Do Cła wjeżdżam więc solidnie „uwalony”. Odcinek ten nie nadaje się na cienkie szosowe opony, ale można go szybko objechać asfaltem.

Odcinek szutrowy przed Cłem i jego objazd.

Odcinek szutrowy przed Cłem i jego objazd przez Bejsce (zielona strzałka).

Z Kazimierzy Wielkiej podjeżdżam do Odnowa i skuszony leżącymi przy drodze spadłymi jabłkami zatrzymuję się by zabrać kilka ze sobą. W ogródku obok siedzą dwie panie, które pytam o zgodę, po czym … wzbijam się na wyżyny osobistego taktu, by jakoś zgrabnie odmówić im zabrania wręczanej mi z radością … całej siatki jabłek. Koniec końców upycham gdzie się da 8 sztuk i zagryzając zaczynam, krótki ale treściwy podjazd do przysiółka Wielgus. Po wyjechaniu na wylesiony garb stwierdzam, że obserwowane od dłuższego czasu i gęstniejące chmury zmieniły kolor z ciemno-niebieskiego na szaro-niebieski. Po pierwszym grzmocie, następuje kolejny i jeszcze jeden, po czym zaczyna padać. Z nieba lecą „wielkie” krople, po których na asfalcie zostają duże, ciepłe, mokre kręgi. Pachnie ozonem, deszcz się nasila i w końcu wali pierwszy piorun. Z niedowierzaniem przyjmuję niespodziewaną na tym odludziu emanację przystanku autobusowego. Zaczyna się epicka burza, która na 37 km przed Krakowem zatrzymuje mnie gdzieś między Wielgusem a Łękawą na całą godzinę…

20160731_s9

30 minuta burzy … już po gradobiciu, ale jeszcze przed szkwałem, który o mało nie przewrócił przystanku. Był czas by zjeść wszystkie zabrane jabłka 😉

Po godzinie armagedonu ubrany w spodnie i kurtkę postanawiam jechać dalej. Niby wciąż pada, ale da się jechać.

I po burzy ... Ciągle pada, ale da się jechać.

I po burzy … Ciągle pada, ale dość już mam siedzenia w tym miejscu.

Do Proszowic mijam pozalewane rowy melioracyjne, przejeżdżam przez giggantyczne kałuże, omijam namyte kamienie, muł i połamane gałęzie. Na chwilę wychodzi nawet słońce, więc szybko ściągam ciuchy na deszcz … po czym, w centrum Proszowic zakładam je ponownie. Druga fala deszczu nie odpuszcza do samego Krakowa. Na drodze spory ruch, co chwila mijają mnie też jadące z przeciwka autobusy, z młodzieżą wracającą ze uroczystości w ramach Światowych Dni Młodzieży. W Luborzycy radośnie krzyczę jakieś bzdury – licznik wskazuje równe 300 km. Kręcę szybko, więc na rogatkach Krakowa czuję się nie tyle mokry od deszczu, co zagotowany od środka, ale jakoś kompletnie mi to nie przeszkadza. Ba, nie czuję zmęczenia … nic mnie nie boli, cztery litery w najlepszym porządku, newralgiczne narządy nie odrętwiały … Hmm, 400 km? Spokojnie, spokojnie … W głowie już tylko satysfakcja, wątła nuta żalu, że już koniec … i wielka potrzeba wyjedzenia całej lodówki.

p.s. polecam trasę !!!

2 Komentarzy

  1. Darłowo

    Niesamowita kondycja! Gratuluję! Ale że chciało ci się tak wcześnie wstawać… u mnie często entuzjazm do ćwiczeń opada, kiedy mam wcześnie wstać 😉

    Powtórz
  2. Skadi

    300 km i to jeszcze z burzą po drodze! Gratuluję dystansu i podziwiam chęci do mocno porannego wstawania. Ja mogę pochwalić się skromnymi 100 km przejechanymi na rowerze w terenie.

    Powtórz

Dodaj komentarz