Dookoła Tatr – dzień drugi, 19.06.2016 r.

Wybór miejsca noclegowego niesie ze sobą określone konsekwencje. Popołudniowe wygodnictwo i w trójnasób zrealizowana wizja lanego piwa zemściły się nocą, gdy okazało się, że campingowa plaża zamieniła się w dancefloor klubu techno. Owszem, potrafię docenić umiejętności techniczne i gust muzyczny dj-a stojącego za gramofonami, ba, tego wieczoru słyszałem np. nie tylko Timo Massa, czy vocal Róisín Murphy, ale i Brandt Brauer Frick, czy Royksoppa, więc z jednej strony, nie było źle. Z drugiej strony, cisza nad jeziorem ma swój niepowtarzalny urok i co do tego, nie mam najmniejszych wątpliwości – czegoś zabrakło … Z plusów, na pewno cennych, pozostało miłe wrażenie po spotkaniu z grupą polskich rowerzystów. A wracając do nocy … te pierwsze, podczas wszelkich wyjazdów i niezależnie od warunków, w których przychodzi mi spać, z reguły „odchorowuję” płytkim i słabym snem. Tym razem budziły mnie bity, a sen był mocny jak nigdy, więc suma summarum wstałem wypoczęty. Cisza godziny 5-rano w zestawieniu z całonocną imprezą była porażająca; jak kot starałem się stąpać z gracją, nie strzelać garami, ba, zżymałem się na „zbyt głośną” pracę benyznowej kuchenki … W końcu w kubku zadymiła parzona kawa, a w menażce zabulgotała wieloowocowa owsianka. Do tego grzanki, dżem, mała paczka miodu i rodzynki w czekoladzie. Znów na słodko, znów w miarę lekko. W międzyczasie wysechł tropik i w chwilę później dało się zwinąć namiot. Mata, śpiwór, umyte gary plus ubrania i resztki jedzenia złożyły się na mój bagaż w drodze powrotnej. W doskonałym nastroju opuściłem camp i od razu skierowałem się na północ. Pobudka wypadła na pobliskim 2-km podjeździe (93 m, 5%) z kulminacji którego wspaniale prezentowało się otoczenie Kotliny Liptowskiej i Góry Choczańskie. Wczesny ranek, lekki wiatr, znów piękne niebo … wszystko to dodawało mi energii.

Boczne drogi nad Liptovskim Trnovcem.

Boczne drogi nad Liptovskim Trnovcem.

Po zjeździe do wsi Liptovské Matiašovce zaczyna się główny podjazd na trasie wokół Tatr; 11-ście kilometrów wspinaczki do Hut, a dokładniej rzecz ujmując na Kwaczańską Przełęcz (1098 m n.p.m.) podczas której pokonuje się prawie 500 m różnicy wzniesień. Z sakwami, to nieco ponad godzina jazdy, do tego trzeba liczyć się z pokonaniem maksymalnego nachylenia na odcinku jednego kilometra rzędu 9.4% i maksymalnego nachylenia na odcinku 100 m rzędu 12.9%. Te niby nie za bardzo wygórowane cyferki składają się jednak na całkiem wymagający ciąg. Zaletą wjeżdżania tu w godzinach rannych, jest na pewno znikomy ruch samochodowy i motocyklowy, co przy dobrej jakości asfaltu złożyło się na bardzo przyjemną jazdę. Tuż przed przełęczą warto zatrzymać się po lewej stronie na punkcie widokowym, skąd bardzo malowniczo prezentuje się całe otoczenie Liptowa.

Zakładam wiatrówkę, w cieniu jest całkiem chłodno,  więc na czekającym mnie 10 km zjeździe przewiało by mnie na wylot zwłaszcza, że koszulka wchłonęła sporo potu. AWOL z symetrycznie rozłożonym bagażem na przednim widelcu, na zjazdach zamienia się w przecinak. Pamiętam większość zakrętów tej drogi, przejeżdżałem ją wielokrotnie samochodem, więc na długich odcinkach odpuszczam dohamowywanie i jedynie odpowiednio składam się w zakrętach; 45, 55, 65 km/h. Łza rozmazuje się na policzku, kolejna skręca i mokrą plamką dosięga ust. Kolana blisko ramy, łokcie schowane pod klatką piersiową, całe ciało elastycznie zespolone z rowerem. Ten cudowny pęd kończy się w Zubercu, po minięciu którego od razu wjeżdżamy w kolejny segment prowadzący na przełęcz Borek (954 m n.p.m.). Ten z kolei fragment należy do jednych z bardziej malowniczych na całej trasie. Wznosimy się dość szybko, stąd widoki na Kotlinę Zuberską, płaskie fragmenty Doliny Błotnej i ostatnie szczyty Tatr Zachodnich, z Osobitą. Większe trudności kumulują się w zalesionej części podjazdu, tam też niestety zdecydowanie pogarsza się jakość asfaltu.  Jedzie się jednak wspaniale, wciąż jest dość wcześnie 8:30-9:00, więc mijają mnie raptem 3 samochody… Z przełęczy Borek, równie „garbatym” i połatanym asfaltem zjeżdżam do Orawicy. To mała, kameralna stacja narciarska, z basenami termalnymi – całkiem rozsądna alternatywa dla zatłoczonych pobliskich ośrodków w sezonie zimowym. Do wsi Vitanova, również pretendującej do miana stacji narciarskiej dojeżdżam zacienioną i przyjemnie chłodną doliną potoku Orawica. Ten szybki fragment, mógłby oferować lepszą nawierzchnię. Skręt w prawo w centrum Vitanowej zaczyna podjazd do wsi Sucha Góra, z dawnym przejściem granicznym PL-SK. Pamiętam czasy, gdy w Suchej Górze panowało istne eldorado zakupowe dla Polaków: tania korona pozwalała wówczas funkcjonować w tej małej miejscowości kilkudziesięciu sklepom.  „To se ne vrati”, choć kto wie, co będzie gdy to my przyjmiemy Euro?

Na zjeździe do Chochołowa i w dolinę Czarnego Dunajca, znów wraca widok na łuk tatrzański.

Panorama Tatr z okolic Suchej Góry.

Panorama Tatr z okolic Suchej Góry.

W Chochołowie robię krótki postój przy budce z oscypkami. Oryginalne sery, do tego pajda chleba, to rozkoszna odmiana smaku, po wychodzących mi już lekko bokiem rodzynkach w czekoladzie :-). Mijam charakterystyczne drewniane chałupy i nie wiedzieć kiedy dojeżdżam do skrzyżowania z drogą rowerową wybudowaną w zeszłym roku, a łączącą Nowy Targ z Trsteną. Spory tu ruch, nie brakuje dużych grup, rodzin z dziećmi, czy rolkarzy. Na wysokości Czarnego Dunajca wracam jednak na drogę nr 958 i przez Wróblówkę oraz most nad rzeką powoli opuszczam płaskie dno Kotliny Orawskiej. Podjeżdżam pod skłon zalesionych Działów Orawskich. „Zrobiona” i wypoczęta po płaskich odcinkach noga dobrze podaje. Jeszcze tylko hopka w Pieniążkowicach i zaczyna się długi zjazd ku dolinie rzeki Raby, którą opuścić mi przyjdzie dopiero w Myślenicach, czyli za ok. 50 km. Przed Rabą Wyżnią zatrzymuję się na stacji benzynowej na całkiem smaczną kawę, dokupuję wodę mineralną i po chwili ruszam. Robi się gorąco, a tempo w jakim rosną ku górze cumulusy zwiastuje możliwość burzy. Kolejne 30 km przejeżdżam równym tempem 24 km/h, po czym za Kasinką skręcam z drogi 968 w prawo i wąskim, asfaltem klucząc wśród zabudowań jadę wzdłuż koryta Raby. Ten rekreacyjny, bo prawie płaski odcinek między Kasiną a Stróżą, jest bardzo popularny, poza tym daje możliwość dotarcia w różne rejony Beskidu Wyspowego. Ja ciągnę jednak na północ, od Stróży kawałek starą zakopianką, dziś zupełnie pustą. W Myślenicach gubię się nieco na kilku mniejszych skrzyżowaniach, ale ostatecznie udaje mi się trafić w ulicę Sienkiewicza, która doprowadza do wiaduktu nad krajową 7-ką. I tu spotyka mnie niemiła niespodzianka: wiadukt jest rozebrany i trwa tu w najlepsze jego przebudowa… Skręcam w lewo i poboczem objeżdżam sznur samochodów. Na światłach z 7-ką jestem pierwszy i po chwili mknę już szerokim poboczem tej „morderczej drogi”.  Postanawiam uciec z niej przy pierwszej nadarzającej się okazji, co też się dzieje po 5 km. Skręt na Krzyszkowice witam z radością. Wjeżdżam w bardzo przyjemny kolarsko rejon, czyli zachodnią część Pogórza Wielickiego. Sporo tu pasm i wzniesień o wysokości względnej > 100 m i stromych stokach. Słońce pali, jest duszno, a tu trzeba popracować na kilku solidnych podjazdach. W końcu osiągam punkt, skąd jest już „tylko w dół”. Do Krakowa wjeżdżam ulicą Podgórki, mijam wiaduktem obwodnicę autostradową i jestem w sypialnianym Kurdwanowie. Bloki, autobusy, samochody, tramwaje, piesi … znów światła, znów zgiełk i pęd. Miasto buzuje, chyba do pary z trzydziestostopniowym upałem.  Byle do Wisły. Nagle ta, tak bardzo już objeżdżona, codzienna trasa bulwarami wiślanymi wydaje mi się ratunkiem, wobec tego co wokół. Park AWF, park Lotników … do samych Czyżyn „trzymam się” już zielonego. Osiem godzin na rowerze. Tatry, Orawa, Beskidy, Pogórza. Pęd. Pot na podjazdach. Radość z kolejnych kilometrów. Satysfakcja z pokonania własnych słabości. I na koniec – bezmiar czasu na myśli.

Zdjęcia z telefonu Samsung Galaxy S4.

Dzień pierwszy

Dodaj komentarz