Dookoła Tatr – dzień pierwszy, 18.06.2016 r.

Z całą pewnością jest tak, że w każdym z nas, tkwi potrzeba zrealizowania pielęgnowanego i hołubionego planu. Dla mnie, zamiar objechania rowerem pasma Tatr, był właśnie takim odkładanym pewniakiem, do którego potrzebowałem czasu, by się odpowiednio przygotować. Wybrałem termin i cierpliwie kręciłem swoje trzy interwały w tygodniu, z jednym dłuższym wyjazdem w weekend. Pomimo tego iż czułem, że mam odpowiedni zapas sił oraz stosowny do niego poziom zmotywowania, im bliżej byłem daty wyjazdu, tym bardziej stawałem się nerwowy. Zauważyłem jak tylnymi drzwiami, niepostrzeżenie wkradła się dekoncentracja, bo przecież ciągłe sprawdzanie prognoz pogody, to tego najdobitniejszy przejaw. Robiło się coraz gorzej, bo nie wiadomo kiedy, szybkie sprinty po trzech piętrach firmowych schodów, zaczęły nagle dziwie rozpalać uda. W przeddzień wyjazdu byłem przez moment pewien, że nie pojadę. Przełom nastąpił podczas popołudniowego piątkowego powrotu z pracy; rower lekko pomykał, w głowie zadomowiła się spokojna pustka, w którą wsączyć udało się plan zakupów i listę rzeczy do spakowania. Sukces. Pierwszy krok za mną. Olałem prognozy i dalsze kalkulacje: miałem cel ubrany w dystans i podzielony na dwa dni. Wystarczy. Na dobranoc usłyszałem jeszcze w radiu, o przechodzącym przez Polskę froncie burzowym … A kij z nim …

Noc minęła za szybko, jak zwykle. Bladym, chłodnym świtem ruszyłem w kierunku Nowej Huty. Te kilkadziesiąt metrów wzniesienia ponad dno doliny Wisły wystarczą, by przy dobrej widoczności dostrzec z Krakowa Tatry. Podobnie było tym razem. Przez chwilę wpatrywałem się w odległą linię horyzontu i szare, małe ząbki Łomnicy, Durnego i Lodowego Szczytu.

Daleko na horyzoncie majaczą Tatry.

Daleko na horyzoncie majaczą Tatry.

Przejazd przez Kraków dziwnie dłużył się, głównie przez irytujący zestaw odcinków oznaczonych na swych krańcach czerwoną, migającą lampą… Powoli zaczęła schodzić ze mnie przedwyjazdowa adrenalina, to specyficzne mrowienie ciała oraz dodatkowe i kompletnie zbędne 10 uderzeń serca na minutę. Podjazd pod Chorągwicę – standardowe budzenie, po którym w końcu poczułem się rozgrzany i gotowy do dalszej trasy. Przejazd przez dobrze znane Pogórze Wielickie to kilka hopek, szybkie zjazdy i momentami ciasne zakręty. I zapachy, z których najmocniej wyróżniały się buzujące w słońcu lipy, orzeźwiające nozdrza cebule i o dziwo, ostra rumiankowa nuta, gdzieś na zjeździe w dolinę Raby. Drogą nr 964, lekko wznosząc się minąłem zaspaną jeszcze Wiśniową, by przed wsią Wierzbanowa skręcić w prawo, w drogę wiodącą na Przełęcz Jaworzyce (579 m n.p.m.).  Podjazd (3.4 km, 193 m, 6%) kręciłem spokojnym młynkiem. „Sakwiarskie tempo” bardzo mi odpowiada, a może dokładniej, nie tyle tempo, co samo nastawienie do przemieszczania się: nieśpieszne, niezobowiązujące, wpisujące się niejako w ideę całego dnia na rowerze. Przyspieszałem jedynie na zjazdach i w zasadzie aż do Rabki (80 km) delektowałem się miarowym tempem, widokami i spokojem w głowie. Gorczańskie uzdrowisko przywitało mnie sporym ruchem samochodowym. Trochę klucząc i dwa razy gubiąc ślad trasy, w końcu wbiłem we właściwą drogę na Obidową. Po pierwszych 6-8 km podjazdu zrobiłem się głodny, więc przed jego zasadniczą częścią zatrzymałem się w Rdzawce na pierwszy dłuższy odpoczynek. Do przysklepowej altanki wparował „mocno wczorajszy tubylec” zagadując z nad butelki piwa o rower, „torby” , „skąd?” i „dokąd?”. Nie za bardzo miałem ochotę na te pogaduchy, więc ograniczyłem się do lakonicznych odburknięć. Dorzuciłem jeszcze do bagażu litrową colę i ruszyłem dalej. Podjazd od Rdzawki na Obidową, to kilka sztywnych ścianek (nieco ponad 20%) pomiędzy którymi cały czas mamy pod kołami 10-12%. Ścianki są krótkie i „po zakrętach”, ale wąska droga wymusza dodatkową koncentrację. Cieszyłem się, że na całej długości tej wymagającej wspinaczki jest dobry, gładki asfalt. Z 10 kg bagażu na przednim kole udało się utrzymać średnią na poziomie 7.3 km/h, choć ewidentnie wkroczyłem kilka razy w mocny stan beztlenowy. Poznałem też, górny pułap obecnych możliwości, przy jeździe z sakwami o tej masie. Stromsze lub dłuższe ścianki musiałbym już wpychać, pomimo przełożenia 34 przód i 36 tył. Całość od Rabki-Zdrój to niezła przygoda i cieszę się, że udało się ją zaliczyć w siodle. Na górce znalazłem się niestety na „zakopiance”, którą na szczęście nie miałem wiele do przejechania. Przeciskanie się przez sznur aut skończyło się na obrzeżach Nowego Targu. Trochę z ciekawości, a trochę z przypadku wyjechałem na Rynek, z którego plątaniną jednokierunkowych ulic wydostałem się na rondo i drogę ku granicy ze Słowacją. Na liczniku stuknęło nieco ponad 100 km i gdzieś na wygrzanych słońcem łąkach przed Białką Tatrzańską zatrzymałem się na kolejny posiłek. Kanapki, dwa banany, owocowy baton z mussli, na koniec trochę rodzynek i sporo coli – po tej przerwie czułem się gotowy do tego, by wjechać w Tatry. A dojeżdża się do nich dość szybko, wzdłuż pięknej doliny Białki. Perspektywa zawęża się, góry rosną, lasy otaczające drogę w końcu rzucają cień na drogę … a ta zaczyna mozolnie wić się w górę. Próbowałem policzyć, ile razy przemierzałem odcinek pod pasmem Tatr Bielskich? Kilkadziesiąt różnorakich wyjazdów w Tatry; na wspinanie, wędrówki, narty, w drodze na Węgry … Ile razy w tym czasie pomyślałem o tym, by przyjechać tu kiedyś na rowerze? Może raz, lub dwa. Dziś nie bardzo widzę się tu w innej roli niż rowerzysta. Szybki zjazd do Zdziaru, to całe 7 km radochy z jazdy ze średnią powyżej 40 km/h. Po chwili dostrzegam charakterystyczny skręt w prawo i początek tzw. „Drogi Wolności”, czyli długi, ale niezbyt stromy podjazd „u podstawy” Słowackich Tatr Wysokich, przez Tatrzańską Łomnicę, Smokowiec, do Szczyrbskiego Jeziora. W końcu pokazują się „tatrzańskie kolosy”, ramię Kieżmarskiego Szczytu, zza którego piętrzy się garbata sylwetka Durnego i piramida Łomnicy. Jadę śmiejąc się i czuję jakbym był u siebie. U wylotu doliny Kieżmarskiej zwalniam i przez chwilę podróżuję w towarzystwie sympatycznego małżeństwa z Niemiec. Gadamy, trochę o tych bliskich, i tych dalszych planach,  o podróży, trochę o rowerach. Są starsi ode mnie, dość solidnie obładowani i widzę, że wizja bliskiego już końca jazdy w nieodległej Tatrzańskiej Łomnicy wyraźnie ich cieszy. Odjeżdżam na kolejnej górce.  Jedzie się doskonale, góra, dół, góra, dół. Otwarte, dzięki wiatrołomom, widoki na kolejne szczyty decydują o atrakcyjności tej trasy.  Masyw Sławkowskiego, Kotłowy Szczyt, rozległa Kończysta … w końcu otoczenie Popradzkiej Doliny – doskonale wiem gdzie jestem i ile czasu  zajmie mi dojazd na kulminacyjny punkt drogi. Podjazd kończę na rozwidleniu dróg pod Szczyrbskim Jeziorem. Zatrzymuję się dla kilku zdjęć i przy okazji chłonę chwilę, w której chłodne powiewy górskiego wiatru mieszają się  z ciepłem nagrzanej drogi. Nad głową przelatują masy chmur, z tych niższych i ciemnych spadają wyraźnie widoczne w powietrzu strugi deszczu, te wyższe, skłębione w białe kalafiory piętrzą się w wyniosłe i fikuśne formy. Radocha z faktu bycia „tu i teraz”.

Tu słońce, tam deszcz, gdzie indziej tylko wiatr i niebo pełne chmur ...

Tu słońce, tam deszcz, gdzie indziej tylko wiatr i niebo pełne chmur …

Na zjazdy do Pribyliny (24 km, -2%) zakładam wiatrówkę. Często staję dla kolejnych zdjęć. Po osiągnięciu płaskiego i zielonego dna Kotliny Liptowskiej wiem, że z zaplanowanego na pierwszy dzień docinka drogi zostało mi już niewiele kilometrów do przejechania.

20160618_13

Narodowa góra Słowaków – Krywań.

Tuż za małą miejscowością Vavrišovo przejeżdżam pod ekspresówką, by za moment „przeskoczyć ponad nią” w Liptovským Petrze. Niewielki podjazd wśród pól i we wsi Jamník skręcam w prawo, znów lekko pod górę, skąd otwiera piękny widok na leżący w dole Liptowski Mikulasz. Na południu ciągnie się pasmo Niżnych Tatr, z wciętą u ich podnóża doliną Wagu. Dalsza droga wiedzie na zachód i w niespodziewany sposób kończy się na stalowej bramie i ogrodzeniach wokół opuszczonego kołchozu. Zabawne. Ciekawe co na to kierowcy samochodów? 😉 Skręcam w prawo i wąską ścieżką wzdłuż ogrodzeń objeżdżam stajnie, chlewy i inne równie intrygujące obiekty. Dalej już bez większych niespodzianek. Na pierwszej napotkanej stacji benzynowej uzupełniam płyny i łakomię się jeszcze na dwie bagietki z serem i salami – zawsze to jakaś odmiana, po nadmiarze słodyczy. Nad Jezioro Liptowskie zostało raptem 10 km, z czego połowę to przejazd przez Mikulasz. Siedząc w cieniu, po przejechaniu 205 km dociera do mnie jak bardzo spaliło mnie słońce. W chwilę później mam już gigantyczną ochotę na zimne piwo i obiad – w końcu po coś wiozę ze sobą kuchenkę, menażkę i prowiant. Ruszam. Wygodnym poboczem, a potem regularną drogą rowerową dojeżdżam do kompleksu basenów geotermalnych – Aquapark Tatralandia. Tu droga rowerowa urywa się, a przy krajowej 584-ce pojawia znak zakazu wjazdu dla rowerów! Śmieszne … Olewam zakaz i jadę przed siebie, zwłaszcza że nie specjalnie widzę jakieś inne wyjście. Do wsi Liptovský Trnovec, gdzie planuję się zatrzymać na noc zostało mi, może z 1.5 km. Mijam jeszcze radiowóz – zero reakcji i zawijam na camping: ceny jeszcze przedsezonowe (3 Euro za namiot), w bufecie jest lany Złoty Bażant (!). Dorzucam w myślach gorący prysznic przed spaniem i w ten oto, mało wyszukany sposób porzucam ideę spania „na dziko” ;-).

Na campingu.

Camping Liptovska Mara; namiot Tromvik I.

Zdjęcia z telefonu Samsung Galaxy S4

Dzień drugi

Dodaj komentarz