Dwa dni na Hali

Wtorkowy wieczór. Parkujemy nieopodal Ronda pod Kuźnicami; jeszcze tylko ostatnie zakupy w pobliskim sklepie, „taktyczna” wizyta na stacji benzynowej i … ciężkie wory lądują na plecach. Zaczynamy podejście do Kuźnic. Marek, pomysłodawca wyjazdu, bracia Kordian i Marcin i kolejny Marcin. Na końcu wlokę się ja. Podejście przez Boczań, miejscami zalodzone daje w kość, ale że wesoło nam się gada, dość szybko meldujemy się na Przełęczy Między Kopami. Oddycham głęboko i nieomal zaciągam się zimnymi strugami wiatru. Zapowiada się pogodna noc. W Murowańcu udaje nam się jeszcze zamówić po zimnym piwie, a przy kolacji obgadać środowe plany. „Bracia” planują Filar Świnicy. Marek sugeruje zmianę planów i zamiast „Lewego Dorawskiego” wbicie się również w Filar. Hmm, nie do końca mi to pasuje. Raz, że nie lubię zmieniać planów – gdzieś ulatuje cała, zbudowana motywacja, dwa – byłem już na Filarze i wiem, że kilka zespołów na tej drodze co prawda „może się pomieścić”, ale konieczne jest szybkie wspinanie i odpowiednio wczesne wejście w drogę, zwłaszcza w grudniu. A tu wychodzi na to, że podczas pierwszej zimowej wspinaczki w tym sezonie, „Bracia” celują w swój zimowy maks, a Marek na Filarze jeszcze nie był. Towarzystwo choć dokładnie wsłuchuje się moją opowieść o przebiegu drogi, jakoś bez entuzjazmu nastawia budziki. Stanęło na 5-tej rano. Hmm …

Środa – „Filar Świnicy”.

Rano okazuje się, że na Filar wybiera się jeszcze jeden zespół. „Oj, będzie zabawnie” – myślę. Wychodzimy w parę minut po 6-stej. Podchodzimy po śladach, które zawiewa wiatr. Lekko prószy śnieg. Dzień budzi się w pastelowym świcie ponad chmurami …

Świt ponad Zielonym Stawem.

Świt u podnóża Skrajnej Turni.

Przejmuję torowanie gdzieś za Czerwonymi Stawkami i prę wprost pod Filar. „Późno” – myślę, bo wiem, że w drogę wejdziemy najwcześniej o 9-tej.

7:30 ... po Filar jeszcze kawałek.

7:30 … pod Filar jeszcze kawałek.

Pod ścianą, przez moment kręcimy się jeszcze wypatrując warunków na śnieżnych zachodach w dolnych partiach drogi Dorawskiego, ale po chwili Marek dość stanowczo stwierdza, że nie ma zamiaru się tam wspinać. W sumie, śniegu w ścianie nie brakuje, więc „może ma rację!?”. Trzeci zespół rozkłada się tymczasem pod IV-kowym zacięciem, na lewo od ostrza, a my wchodzimy gdzieś tuż na lewo od osi skalnej ostrogi Filara, nieco poniżej „zespołu braci”. Marek szybko kończy pierwszy wyciąg, ściąga mnie do siebie i zaczyna szerokie obejście płyt. Śniegu jest momentami po kolana, głównie cukrowata masa, z cienką warstwą lodo-szreni na górze. Lipa. Idziemy z lotną. Czas płynie, a my w końcu meldujemy się u nasady skalnej części drogi.

10:25 ... Marek na stanowisku po obejściu śnieżnych pól.

10:25 … Marek na stanowisku po obejściu śnieżnych pól.

Przejmuję prowadzenie. Do „Siodełka” zostały 3 wyciągi, które postanawiam podzielić na dwa dłuższe. Gdzie się da, trzymam się skalnych fragmentów grzędy, by uniknąć grzebania się w śniegu. Ścianę oblepia jednak słabo związany śnieg, który kompletnie nie trzyma, więc jest sporo czyszczenia. Za to całkiem przyjemnie pomyka się po trawkach, które w miarę trzymają – choć wkręcane w nie igły raczej nie budzą zaufania … Stanowisko przy bloku – pamiętam je. Ściągam Marka, za którym podąża Kordian.

Marek i Kordian – końcówka wyciągu ponad polami śnieżnymi. Żółta igła z Rzeszowskiej Kuźni Szpeju 😉

Zbieram sprzęt od Marka i tuż przed 12-stą zaczynam wspinanie w kierunku „Siodełka”.  Oryginalnie ten odcinek zwykło dzielić się na dwie części, ze stanowiskiem pośrednim tuż po trawersie w prawo, pod kruchą, różową ścianką. Maksymalnie wydłużam przeloty i rozdzielam żyły. Prostuję nieco wyciąg i pod „Siodełko” wychodzę wprost filarkiem przez niewielką przewieszkę (stały hak, IV-), skąd 2 m w lewo i po trawkach do bloku, ok. 10 m pod „Siodełkiem”. Pod koniec wyciągu lina jednak „daje w dupę” i ciągnie mocno w dół. Cóż, czasami szybciej oznacza niekoniecznie lepiej ;-). Ściągam Marka, który wcześniej pod kluczowymi trudnościami zostawia niebieski koniec liny dla Kordiana. Wobec powyższego zdaję sobie sprawę, że zapadły już pewne decyzje. Jest 13-sta, więc mamy za mało czasu, na skończenie drogi, jeśli mamy działać w takim systemie. Trochę żal, bo skalna cześć „Filara” wygląda zachęcająco. Z drugiej strony, dość szybko dochodzę do wniosku, że skoro „razem wyszliśmy, powinniśmy razem wrócić”. Ściągam więc Kordiana, za którym wspina się Marcin. Marek zakłada stan na „Siodełku” i zaczynamy trawers przez Świnicką Ławkę w kierunku Świnickiej Przełęczy.

Zejście przez Świnicką Ławkę w kierunku Świnickiej Przełęczy.

Wycof jest nieprzetarty. Prowadzi Marek, który co 20-25 m zakład przeloty. Idziemy z lotną. Zimna, północna ściana Świnicy coraz mocniej kontrastuje z oświetlonymi, zachodnimi stokami Skrajnej Turni.

Tuż przed osiągnięciem głównej grani Tatr …

Na grani łapiemy ostatnie promienie słońca. Lekki wiatr dodaje uroku chwili. Herbata, batony, kilka zdjęć i szybki przepak.

DSCF2029_s
DSCF2031_s
DSCF2041_s
DSCF2033_s

Schodzimy przez Liliowe. Na grani zapada zmrok. Cisza dopełnia piękna tej chwili.

Dobranoc :-)

Dobranoc 🙂

W książce wyjść same wycofy. Trzeci zespół zszedł z Siodełka po naszych śladach …

Czwartek – Żebro Rzepeckich.

Budzimy się grubo za późno, ale dziś „mamy jakby bliżej”, więc możemy dłużej pospać. O 9-tej wychodzimy. Plan jest prosty – podejść, załoić, zjechać, zejść do schroniska, biesiadować 😉 Wszystko pięknie, tylko dlaczego zaczęła się odwilż? Kapie z dachu, temperatura na plusie, śnieg robi się ciężki. Nad Czarnym Stawem fotografuję. Złote, bo skąpane w słońcu, kopuły szczytowe obu Kościelców, kontrastują z zimnym, niebieskim odcieniem ścian Koziego i Granatów.

Blask

Blask

„Bracia” polecieli na Próg Kotła Kościelcowego, my dreptamy pod Żebro Rzepeckich.

Marcin i Kordian idą pod ścianę Kotła, Marek lustruje Żebro Rzepeckich.

Marcin i Kordian idą pod ścianę Kotła, Marek lustruje Żebro Rzepeckich.

Podchodzimy po zasypanych częściowo śladach. Nad nami: Komin Dregea, na razie suchy, bo jedynie na dolnym progu powstała cienka polewka lodowa, a wyżej wiszą smętnie, pojedyncze „smarki” lodu. Wiosną pewnie będzie tu piękna, lodowa kolumna. Oby :-). Z prawej wylot żlebu Staniszewskiego i skalne zęby Filara Staszla. My podchodzimy pod skalne żeberko, rozdzielające żleby Staniszewskiego i Dregea. Korzystamy z bardzo czytelnego schematu Marka Pokszana.

Granaty - Żebro Rzepeckich, schemat Marek Pokszan, uzupełnienia powstały po próbie przejścia drogi w dniu 17.12.2015 .

Granaty – Żebro Rzepeckich, schemat Marek Pokszan, uzupełnienia powstały po próbie przejścia drogi w dniu 17.12.2015 . Wycofy/zjazdy są możliwe z: od żółtego haka do stanowiska nr 3 – 50 m, od stanowiska nr 3 do stanowiska nr 2 – 30m, od stanowiska nr 2 do podstawy ściany – 45 m do żlebu Dregea i 35 m do żlebu Staniszewskiego.

Marek prowadzi pierwszy wyciąg. Mija charakterystyczną, „małą grzędę z hakodziurami” (II+) i kieruje się na lewo, gdzie po delikatnych trawiastych stopniach (III/III+) wydostaje pod żółty okapik.

Początek drogi Żebro Rzepeckich, IV

Całkiem ładne 45 m, choć warunki są znacznie gorsze niż dzień wcześniej – coraz słabiej trzymają trawki, a śnieg i verglass skutecznie wydłużają wspinanie.

Marek kończy pierwszy wyciąg - stanowisko wypada pod żółtym okapikiem.

Marek kończy pierwszy wyciąg – stanowisko wypada pod żółtym okapikiem.

Przed nami pierwsze spiętrzenie grzędy, na którą dostaję się po lekkim trawersie w prawo (III) i przez dzioby skalne osiągam łatwe, trawiaste wypłaszczenie z blokami. Wyciąg kończę przy stanowisku z maillonem, u podstawy skalnej płyty (na oryginalnym schemacie 2B).

Marek po wyjściu z dolnego spiętrzenia ściany, tuż pod stanowiskiem nr 2.

Marek po wyjściu z dolnego spiętrzenia ściany, tuż pod stanowiskiem nr 2.

Przed nami kluczowy kominek, który wąską kreską wciska się pomiędzy gładką płytę a filarek.

Start w kominek na trzecim wyciągu.

Start w kominek na trzecim wyciągu.

Przez śnieg obniżam się nieco w kierunku wąskiej półeczki. Dziabki siadają w zmrożonych trawkach. Wynajduję kilka dobrych miejsc pod friendy i trawersując do dobrych stopni, osiągam wylot kominka. Kilka łatwych ruchów przez trawki, dobrze rozgrzewa przed środkową, skalną częścią kominka. Delikatnie wchodzę na ostatni większy stopień i wpinam się do starego haka po lewej. Przede mną dość gładka płyta. Szczeliny pozalewane kruchym lodem. Próbuję oczyścić ze śniegu jakieś stopnie, ale tych najnormalniej brak. To co znajduję wystarczy, trzeba tylko jeszcze z „czegoś zadać”. Pochyła krawądka pod prawą dziabkę i mała dziurka, wysoko na lewą. Przymierzam się… Uff, całkiem wymagające wstanie, po którym wydaje mi się, że spokojnie można przecenić o pół stopnia miejsca M5 na krakowskim Zakrzówku. Końcówka kominka trzyma poziom. Zakładam jeszcze dwa przeloty i wchodzę do małej nyży śnieżnej nakrytej przewieszką, skąd w prawo, ku górze osiągam wygodne stanowisko z hakiem (nr 3).

Kominek na trzecim wyciągu widoczny z nyży, tuż nad nim.

Kominek na trzecim wyciągu i dolne partie drogi ponad Żlebem Staniszewskiego.

W kilka chwil później Marek potwierdza urodę tego odcinka. Pijemy herbatę i zerkając to na schemat, to na zegarek decydujemy by ominąć z prawej „wystromioną ściankę” – „bo będzie szybciej”. Wchodzę w trawers i po dwóch metrach, wbijam do góry, przez odstrzelony ząb skalny. Trzymam się lewej krawędzi płytowej ściany, aż osiągam łatwe trawki, na wysokości małej choinki. Teraz, zgodnie z ustaleniami trawersuję w prawo. Dostrzegam stanowisko, znów kilka zamotanych repów, maillon, zaklepana kostka i hak … „chyba, ktoś tu zaliczał wycof?!”. Przewijam się w prawo, za krawędź okapiku i stwierdzam, że łatwe płytowe stopnie po prawej, którymi chcieliśmy szybko przelecieć do góry, w całości zalane są cienkim lodem. Trudno, trzeba będzie łoić środkiem, czyli przez dachówkowate i zaśnieżone płyty. Po lewej znajduję zaklinowanego frienda, wyżej wbijam krótkiego knife’a. Dobre przeloty. Kluczę między śnieżnymi skupiskami trawek. W sumie całkiem fajny mikstowy teren, szkoda tylko, że przy plusowych temperaturach nawet trawki przestają trzymać. No i jest trochę kruszyzny – w pewnym momencie w prawej ręce zostaje mi blok wielkości 14″ monitora … Wypycham go jak najdalej od liny. Huk i zapach siarki. Dochodzę do nyży z żółtym hakiem, w którym tkwi karabinek. No tak, ktoś tu „złapał zapych”. Szczelina jest świetna i hak jest pancerny – spokojnie można by dobić jeszcze jeden, albo i dwa podobne przeloty. Zakładam długą taśmę i próbuję przymierzyć się do przewieszki. Kompletnie brak mi stopni po lewej stronie. Sięgam delikatnie powyżej, ale dziabka trafia w jakiś luźny gruz. Szukam tego jedynego chwytu – bezskutecznie. Postanawiam więc wyjść z nyży w prawo, w trapezowatą płytę. Zdaję sobie sprawę, że czas nieubłaganie płynie i zostało nam niewiele dnia. Pierwsze, optymistyczne, wrażenie z płyty pryska, gdy będąc w jej połowie nie widzę żadnych szans na solidny przelot. Niedobrze. Naciągam się jak struna i z trudem wciskam najmniejszą z posiadanych kości w kiepską ryskę. Zaciągam dwa razy. Kolejna wpinka na niebieskiej żyle. Zmieniam nogę na jedynym trawiastym stopieńku. Pozycja jest beznadziejnie niewygodna: dźwignia na lewej dziabie, którą pcham w dół i prawy, przedni ząb na trawiastym stopieńku. Prawa dziabka wysoko, przy kostce na jakimś parchatym występie skalnym. Postanawiam wbić w wątłą szczelinę diagonala – całe dwa centymetry szczęćcia skracam dynemą i łaczę w kontrę do kostki. Łapię oddech i szykuję się na tę jedyną próbę: cały ciężar na wątłą trawkę, zamiana ręki z prawej na lewą na górnej dziabie, ściągnięcie z jednoczesnym wyjęciem dolnej dziaby i kluczowe wbicie w trawki powyżej płyty. Mając „taki plan”, na drodze IV-kowej, musi się mieć również refleksję, że „coś tu jest nie halo”. Ech, było ściągnąć Marka do żółtego haka, albo wbić obok własnego i zjechać do partnera … Ale nic to, … sprężam się. Zamiana rąk jest masywna, dociągam się na limesie i wbijam dziabkę w trawki. Szkoda, że nie trzymają … to pierwsza myśl. Druga, … że sporo powietrza mam pod nogami. A potem patrzę, jak misternie tkana kostka z diagonalem wylatują w pogoń za mną. Lądowanie na śnieżnej półce jest jednak miękkie i bezbolesne. Mam farta – latanie zimą z całym tym ostrym żelastwem, to nienajlepszy pomysł. Krótka wymiana zdań z Markiem. Ustalamy, że zejdę do stanowiska zjazdowego, które minąłem, jednocześnie mając od góry asekurację na niebieskiej żyle, a od dołu asekurację z czerwonej. W kilka minut później jestem przy stanie. Ściągam linę, montuję zjazd i czyszcząc wyciąg zjeżdżam do Marka. Przed nami dwa zjazdy: do podstawy kominka i w końcu, do podstawy ściany. Idzie sprawnie. Lądujemy w śniegach żlebu Dregea. Grudniowe ciemności godziny 17-stej… Lina jak na złość klinuje się i nad jej odzyskaniem pracujemy całe 45 min. W międzyczasie dzwoni telefon. Kolegom, którzy wspinali się na Prawym Żeberku wyjaśniamy skąd to nasze dłuższe tkwienie w miejscu. Dzięki za czujność Panowie! Ostatecznie mocno zmęczeni złazimy nad Czarny Staw, którego przejście zajmuje nam nadspodziewanie wiele czasu. Chałwa na drugim brzegu. Po głowie krążą myśli o grzanym piwie … 18:20 wypisujemy się w Książce Wyjść.

Kolacja, piwo, dalsze przekąski, piwo, rozmowy. Fajnie się gada – jest poznany dzień wcześniej Włodar, są Jusza, Kajman i Michał z Warszawy i nasza grupa. Wspominamy – choćby relację Juszy z drogi WHP 114 … 

Marek, Marcin, Marcin, Kajman, Jusza

Marek, Marcin, Marcin, Kajman, Jusza

 KS

Dodaj komentarz