Karpacki Hulaka 2017 – relacja Michała Sałabana

Karpacki Hulaka 2017

Krzysiek wymyślił maraton o dość niecodziennej formule. Zadany był punkt startu i mety oraz siedem górskich segmentów, które obowiązkowo trzeba przejechać. Kolejność i kierunek dowolne. Na dodatek, na starcie nie musieliśmy stawić się o wyznaczonej porze, ważne tylko by cały przejazd zmieścić w dość obszernym, trzydobowym okienku.

Całość opatrzył nazwą Karpacki Hulaka i cierpliwie czekał na chętnych. A tych nie było znowu wielu. Sam na początku zareagowałem entuzjazmem. Przecież to góry, które na rowerze uwielbiam! Trochę zrzedła mi mina gdy zacząłem kreślić trasę na mapie. Ilość kilometrów i podjazdów przyprawiała o lekki zawrót głowy. Ale jak człowiek chce jechać MRDP to nie może stosować taryfy ulgowej. Choć trzy doby pozwalają trasę pokonać w dość spokojnym tempie, uznałem że zrobię to non-stop. Trzeba tylko tak się ustawić, by Kraków opuszczać przed porannymi korkami a fragment po Zakopiance i okolicach jechać nocą gdy nie ma ruchu.

Jak zaplanowałem tak zrobiłem. W czwartkowy wieczór byłem w Krakowie, gdzie przechwycił mnie Iwo. Przy rozmowach załadowałem kalorii na następny dzień, aż nagle zrobiło się późno i trzeba było się żegnać. Jeszcze małe zawirowanie w hostelu, do którego spóźniłem się 5 minut po wyjściu recepcjonistki, ale koniec końców około północy kładę się spać. Przed zaśnięciem rzut oka na prognozę. Ma siąpić deszcz. Stąd szybka decyzja, że ruszam odrobinę później, gdy już pojaśnieje.

Spałem krótko, jakieś 4 godziny z przerwami. Na starcie pojawiam się o 5:53 i ruszam dziarsko w stronę Skawiny, by opuścić okolice Krakowa nim zacznie się poranny szczyt. Deszcz siąpi, czasem słabiej czasem mocniej. Na tyle, żeby na jakimś zjeździe upierniczyć ciuchy błotem. Na szczęście pogoda poprawia się dość szybko i wszystko ładnie schnie.

Na stacji benzynowej kawa i szybkie sprawdzenie sytuacji. Krzysiek ruszył przede mną, Olaf trochę po mnie. Później, analizując ślady, dowiem się że wręcz deptał mi po piętach i gdy ruszałem z postoju, on był w zasadzie tylko kilkaset metrów za mną.

Na pierwszy segment wybrałem Beskid Makowski. Głównie za sprawą Makowskiej Góry, którą dwukrotnie już podchodziłem pod koniec dwóch maratonów. Bardzo chciałem się dowiedzieć jak się ją pokonuje na świeżo. Okazało się, że bez żadnego problemu, podobnie jak poprzedzający ją podobnej wielkości podjazd w Sułkowicach, który tak na marginesie jest dużo fajniejszy i bardziej bezpieczny na zjeździe.

W Makowie odwiedzam cukiernię.
— Takim rowerem to chyba ciężko się jedzie? — zagaduje mnie przed lokalem starszy jegomość.
— Ależ skąd. Bardzo lekko. Właśnie podjechałem Makowską Górę — macham ręką w stronę skąd zjechałem.
— Z Jachówki? Rowerem? Niemożliwe…
Zdążyłem już przywyknąć, że robię na rowerze same niemożliwe rzeczy, więc bez owijania w bawełnę opowiadam jak i dokąd jadę. Jedni wierzą, inni nie. Ten uwierzył 🙂

W Makowie muszę wbić się w sznur samochodów ciągnący ruchliwą krajówką. Na szczęście okazuje się, że dalej jest sporo pobocza, wykładam się więc na lemondce i z wiatrem, dziarskim tempem, docieram w okolice Wadowic. Trochę bruku w centrum, odbicie na Andrychów po już trochę mniej przyjemnej drodze, aż w końcu trasa kieruje mnie w boczną drogę i znowu jestem w górach.

Szybkie tankowanie bidonów i śniadanie pod sklepem następuje tuż przed początkiem kolejnego segmentu, w Beskidzie Małym. A ten zaczyna się konkretną ścianą. Przy najstromszym odcinku stoi dom, w ogródku cała rodzina przerywa rozmowę i bacznie śledzi moje zmagania z grawitacją. Na tym etapie długo nie popatrzą, bo i sił sporo. Gdzieś na zjeździe do Porąbki stuka pierwsze 100 km. Szybko przedostaję się przez zaporę i atakuję kolejny podjazd. Idzie gładko i niebawem jestem w Bielsku-Białej, gdzie robię drobne odbicia celem zebrania gmin.

W brzuchu już burczy. Wiem że kolejnego odcinka przez Beskid Śląski nie ma co zaczynać bez solidnego posiłku. Jak na zamówienie, na samym jego początku, stoi busik z burgerami a obok drugi z lodami. Zamawiam posiłek, a gdy on się robi, odwiedzam sklep z owocami, biorę zapas bananów a na przystawkę wciągam pomarańczę. Burgera popycham ogromnym lodem i mocną kawą. Można jechać!

Szczyrk zaskakuje mnie niewielką liczbą turystów. Trwają jakieś wielkie remonty i przebudowy ośrodka narciarskiego, na szczęście powyżej miejscowości znowu jest zielono i spokojnie. Tutaj jeszcze nie byłem. Podjazd jest bardzo długi ale łagodny, a w nagrodę piękny zjazd do Wisły i zaraz kolejna, bardziej stroma już wspinaczka na Zameczek. Stoi tam sobie rezydencja prezydencka. Wyraźnie widać, że nasze podatki nie idą na marne i ktoś sobie z nich korzysta.

Ja natomiast korzystam ze źródełka. Zrobiło się gorąco a zauważam, że woda płynąca wzdłuż jezdni wydostaje się spod ziemi. Odstawiam więc rower, schylam się nad wybetonowanym korytem i myję twarz, ramiona, oblewam głowę chłodną wodą. W tym czasie mija mnie kilka samochodów. Wyraźnie zwalniają. Nieczęsty to widok, że ktoś myje się w rowie.

Odświeżenie pomaga, od razu lepiej się jedzie, a i widoki coraz piękniejsze. Z głównej drogi na Kubalonkę odbijam w lewo na Stecówkę. Tam wolne od drzew stoki pozwalają cieszyć się panoramą doliny Wisły. Jeszcze zjazd do Istebnej koło jakiegoś przerośniętego ośrodka narciarskiego i segment kończy się na skrzyżowaniu, nie dając w zasadzie innego wyboru jak stromy podjazd pod Koniaków.

Dziwna to okolica. Drogi wojewódzkie zazwyczaj idą dolinami, zaś tutaj ktoś pociągnął ją grzbietem. Dzięki temu sporo widać ale też cały czas grzeje słońce. Jak zwykle w takich przypadkach staję pod sklepem, na raz wciągam litr soku i poprawiam lodem. Miejsce dość gwarne, pełno Polaków i Słowaków a rozmowy toczą się w obu językach, czasem płynnie pomiędzy nimi przechodząc.

Z Koniakowa zjeżdżam przez Kamesznicę. Oj, gdybym ja się przygotował i wiedział, że tu taka ściana! Stromizna spokojnie pozwoliłaby mi pobić rekord prędkości, teraz jednak, pędząc w nieznanie, zadowalam się skromnymi 72km/h. Trzeba będzie kiedyś spróbować to podjechać 🙂

Niedługo wpadam na DK1. Mało przyjemna ta droga, bo nie ma pobocza i — jak to w tej okolicy bywa — prowadzi przez niekończącą się wieś z rzadka przetykaną miasteczkami. Popołudniową porą ruch jest wzmożony a na tej wąskiej jezdni ciężko mnie wyprzedzić. Na szczęście jadąc w dół sam mogę utrzymać rozsądne prędkości i kierowcy nie szaleją. Mam też wrażenie, że od kiedy jeżdżę w stroju z Maratonu Północ-Południe, kierowcy wyprzedzają mnie ostrożniej. Czasem też pozdrawiają. Szczególnie ci z ciężarówek, gdzie z kabiny można łatwiej odczytać napisy z koszulki. Może wystarczy wzbudzić odrobinę zainteresowania by znudzony kierowca potraktował nas życzliwiej, a nie jak kolejnego zawalidrogę?

Z zachodu nadchodzi burza. Zwalista chmura coraz częściej pomrukuje i błyska. Do Żywca nie zdążę ale może trafi się jakaś knajpka przy drodze? Jest stacja benzynowa z napisem „Bar”. Ledwo zaparkowałem a o dach bębnią pierwsze krople deszczu. Okazuje się, że bar oferuje hamburgery i zapiekanki. Stawiam na drugi wariant, mniej ryzykowny, i wchodzę w posiadanie głęboko mrożonego obiektu muzealnego. Mikrofalówka podnosi jego temperaturę ale jakości już nie. Patrząc na burzowy spektakl przez obszerne okno, popijam jeszcze litrowym sokiem pomidorowym. Taka zupka to prawie jak obiad.

Niedaleko za Żywcem żołądek woła o jeszcze. Dzień już ma się ku końcowi, więc wypadałoby dopchać coś na zapas. Niestety, znajduję tylko stację benzynową w Stryszawie. Hotdogi ostatnio mi nie weszły, więc decyduję się na kawę i ciastko. W tym czasie wymieniam SMSy z Krzyśkiem, który jest ciągle jakąś godzinę przede mną. Wstępnie umawiamy się na spotkanie na Obidowej.

Ledwo ruszam, a za rogiem trafiam na bar chwalący się pierogami. Tego przepuścić nie mogę. Zamawiam porcję ruskich, co okazuje się błędem. Nie dość że długo czekałem i nie były zbyt smaczne, to zaraz żołądek się buntuje. Cały podjazd na Przysłop męczę się podwójnie. Na szczęście w Zawoi trafiam na stację, która ma w ofercie lekarstwo na takie dolegliwości, czyli półlitrową dawkę kwasu fosforowego o smaku coli z nutą wiśni. Pomaga jak ręką odjął.

Podjazd na Krowiarki, szczególnie po ciemku, to nuda. Poza kilkoma krótkimi odcinkami, gdzie nachylenie trochę się zmienia, cała filozofia sprowadza się do ustalenia wygodnego tempa i cierpliwego czekania aż podjazd się skończy. Nagrodą za to jest natomiast przyjemny, kilkunastukilometrowy zjazd do Jabłonki. Niedługo z zadowoleniem opuszczam drogę wojewódzką, po której znudzone Seby ścigają się swoimi Audi (w ostatnich latach ta marka wyparła królujące dotychczas na wioskach Golfy, te pewnie już rozpadły się ze starości).

Jakimiś bocznymi dróżkami kluczę przez zaspane wioski. Jedyne co się czasem odezwie to kundel. Czasem takie małe coś, kipiąc agresją rzuca się w pościg a ja bawię się celowaniem butem w jego nos. To pomaga na nudę, tak moją jak i psa, będąc nieszkodliwą zabawą. Trafić w pysk i tak prawie się nie da, w życiu tylko raz tego dokonałem.

W którejś wsi zamiast typowego przerośniętego szczura wyskakuje na mnie… potężny wilczur. Hamuję z piskiem klocków i z całej mocy wydzieram się na psa. Ten momentalnie robi w tył zwrot a jego śladem puszczam jeszcze kilka okrzyków pod adresem właściciela. Środek nocy, brama otwarta na oścież i kilkudziesięciokilogramowe bydlę lata sobie luzem. Reakcji żadnej, nie zapala się nawet światło w oknie. Chwilę potem nachodzi mnie refleksja, że mogłem sprawdzić adres i zadzwonić na policję. Potem przypominam sobie, że to przecież Podhale i policjant na pewno jest jakimś kuzynem właściciela, więc i tak nic by to nie dało.

Sprawdzam telefon i zauważam SMS od Krzyśka, że czeka na Obidowej. A ja mam jeszcze 10km by tam dotrzeć. W tej sytuacji on rezygnuje z czekania i słusznie. Szkoda tylko, że ostatecznie mijamy się o kilkaset metrów. Gdy ja zjeżdżam w dolinę, on przemyka nią właśnie, niknąc za zakrętem. Chwilę później jestem na Zakopiance i wspinam się na szczyt, by tam klepnąć początek segmentu wiodącego przez Podhale i zawrócić. Nad tym fragmentem rozmyślałem najdłużej. Kusiło by Obidową zdobyć klasycznie, przez ścianę w Rdzawce, ale mam tyle kilometrów do przejechania, że w końcu odpuściłem sobie dodawanie kolejnych znanych podjazdów do kolekcji.

W ciemności wspinam się na Ząb. Senność mnie już zaczyna podgryzać, więc wkładam słuchawki i puszczam wiedźmińskie opowieści. Wkrótce orientuję się, że Krzysiek poprowadził tu trasę zaliczając chyba największe stromizny, na dodatek będące wcześniej areną kolarskich zmagań. Asfalt zdobią motywacyjne hasła: „zaraz będzie wspaniale” albo „przyjmij pozycję aero”. To ostatnie może dziwić na stromym podjeździe… do momentu aż przednie koło zaczyna odrywać się od asfaltu i siłą rzeczy trzeba się pochylić.

Książkę mam nagraną w postaci słuchowiska. Ładnie tego Wiedźmina zrobili. Tyle że efekty dźwiękowe towarzyszące fantastycznej opowieści zaczynają mieszać w mojej sennej głowie. Co rusz oglądam się słysząc pohukiwanie czy dzwoneczki. Dookoła pustka i noc a ja co chwilę się rozpraszam i patrzę czy coś za mną nie jedzie albo nie lezie. W końcu daję spokój, wyjmuję słuchawki z uszu. Zresztą i tak zaczyna się zjazd do Poronina a w towarzyszącym mu szumie nic bym nie słyszał.

Openstreetmap nie kłamał. Ktoś zaktualizował i faktycznie w Poroninie most i droga są remoncie. Omijam przez stację kolejową, wspinam się w stronę Tatr przez Murzasichle. Co za szczęście, że jadę tu nocą. Nie znoszę Podhala za ten syf jaki tu zrobiono. Domy, knajpy, hotele naćpane jedne na drugich bez gustu i porządku, do tego wszystko upstrzone reklamami. Oczywiście dominuje traditional Polish kebab i inne tego typu wymysły — góralskie tradycje już dawno szlag trafił. I nie mam nic za złe miejscowym, którzy po prostu robią biznes. Nie mogę po prostu nadziwić się, że tłumy turystów walą tu co roku i rzekomo wypoczywają. Ale co tam, ich sprawa. Na zdrowie!

Przed szczytem podjazdu zawiesza mi się nawigacja. Zauważam po dłuższej chwili. Trzeba wyjąć baterie, żeby ponownie uruchomić, a w śladzie dziura. Oj, Garmin, przydałaby ci się konkurencja 😉

Zaczyna kropić deszcz a na północnym wschodzie powoli jaśnieje. Biegnąca u stóp Tatr droga wcale nie jest senna. Co chwilę mijają mnie taksówki, zapewne wiozące turystów z Zakopanego na Łysą Polanę. Akurat żeby o brzasku ruszyć na Morskie Oko, nim pojawią się tłumy. Całkiem rozsądnie.

Krzysiek już zameldował się w Głodówce. Pisze SMSy i roztacza wizję kołdry i piwa. Odpowiadam, żeby nie kusił. Przemykam pod schroniskiem i pędzę w dół zjazdem, żeby mi przypadkiem do głowy nie przyszło zawrócić. Naprawdę trudno sobie takich przyjemności odmówić gdy noc nieprzespana a chłód łapie. Potem okaże się, że Krzychu wcale nie żartował. Naprawdę ogarnął mi nocleg i piwo, na szczęście udało się to potem odkręcić.

Na dół docieram kompletnie wyziębiony, na zjeździe też zaczynam przysypiać, a to niebezpieczne. Wpadam na Orlen i chyba wyglądam nienajlepiej, sądząc po spojrzeniu pana na kasie. Biorę dużą kawę, powoli popijam, ale nawet pod koniec kubka wstrząsają mną dreszcze. A przecież siedzę wewnątrz ubrany w wiatrówkę a część ludzi dookoła ma na sobie tylko krótki rękaw.

Z dużym oporem zbieram się. Kawa niewiele pomogła, kilka razy przysypiam podczas jazdy. Gdy za którymś razem budzę się nieomal wjeżdżając z podporządkowanej wprost na ruchliwe skrzyżowanie, zapada decyzja o drzemce. Tylko gdzie? W całej chyba Małopolsce wiaty PKS są nieprzyjazne bezdomnym. Niby drewniane i zadaszone ale ławeczki bardzo wąskie.

Gdzieś przy DW969 układam się w takiej wiacie i nastawiam budzik na za 10 minut. Drogą o tej porze pędzą już samochody, nie idzie zasnąć. Budzik dzwoni, przesuwam go o kolejne 10 minut. Ledwo zasypiam, obok z chrzęstem żwiru zatrzymuje się jakiś bus. Ktoś tam coś marudzi, na koniec krzyczy „pobudka!” po czym z piskiem opon odjeżdża, nie słysząc już mojej mało kulturalnej odpowiedzi którego członka najbliższej rodziny może sobie budzić.

Trochę jednak pomogło. Nawet najkrótsza drzemka czyści umysł, przywraca koncentrację. Zaraz zresztą skręcam w lewo ku podjazdowi w Knurowie. Do końca wahałem się czy dodawać te kolejne metry przewyższenia czy objechać dołem przez Krościenko. Teraz jestem przekonany, że wolałbym wspinać się i ze dwie godziny niż dzielić drogę z rzeką samochodów.

Podjazd jest piękny. Gładki asfalt niezbyt stromą serpentyną wgryza się w zbocze. Co zakręt to wspaniała panorama na miejsce, gdzie widać byłoby piękne Tatry, gdyby nie tonęły w deszczowych chmurach. Koszulka MPP robi swoje bo dogania mnie lokalny szoson i zagaduje. Okazuje się prędko, że mamy wspólnego znajomego. Trochę rozmawiamy, zapraszam go na forum jeśli chce spróbować jazdy na dłuższych dystansach. Konwersacja budzi mnie, odświeża głowę. Zaraz zresztą docieramy do przełęczy i puszczamy się w zjazd przez Ochotnicę. Ależ on piękny! Przez jakieś 30km pedałuję tylko dla przyjemności bo ciągle jest w dół. To chyba najdłuższy odpoczynek na całej trasie! Niestety, ostatecznie znów docieramy do głównej drogi nad Dunajcem i żegnamy się, bo dalej podążamy w przeciwnych kierunkach.

Ruchliwa droga z Tylmanowej do Sącza cieszy się złą sławą wśród rowerzystów. Dziś jednak idzie gładko. Wiatr mi pomaga, pobocze częściej jest niż go nie ma. Wykładam się na lemondce i całkiem dziarsko zasuwam. Mijam Łącko, w nim sporo śliwkowych sadów. Owoców nie widać. Tak im spieszno, że już zebrali? W końcu, bardziej z rozsądku niż z głodu, zatrzymuję się na coś konkretnego. Gdy za płotem wcinam jajecznicę, z przeciwnej strony mija mnie Byczys, o czym dowiaduję się dopiero po imprezie.

Robi się ciepło. Przejeżdżam Stary Sącz, jakimiś przemysłowymi dzielnicami mijam też Nowy. Widoki żadne, upał coraz mocniejszy, sen zaczyna znowu łapać. Spory kopczyk guarany wsypany do jogurtu nie daje żadnych efektów, senność daje się znowu we znaki. To moja najdłuższa dojazdówka, jakieś 120km dzieli dwa kolejne segmenty. W miarę jak zbliżam się do Beskidu Niskiego, ukształtowanie terenu zmienia swój charakter. Długie, łagodne podjazdy powoli ale bezlitośnie zwiększają swoje nachylenie. Jedzie się coraz ciężej, coraz wolniej, choć nie widać dlaczego. Nie lubię łagodnych podjazdów a takich powoli rosnących to nie znoszę szczególnie.

Zaczynam trochę odpływać. Marzy mi się wielka porcja lodów w cieniu pod drzewem. I, jak na zamówienie, za zakrętem widzę wielki parasol z napisem „LODY”. Zajeżdżam pod sklep. Ławeczkę i świeżo skoszony trawniczek oddziela od ulicy szpaler tuji rzucających cień. O dziwo nikt jeszcze nie piwkuje; jestem jedynym klientem. Biorę owocowego loda i litr soku. Wykładam się na trawniczku, nastawiam budzik na 10 minut. Wcześniej jednak budzą mnie zimne krople kapiące na twarz. Zasnąłem, nadal dziarsko trzymając nad nosem niedojedzonego loda na patyku! Kończę konsumpcję, przestawiam budzik do przodu. Za chwilę słyszę go i zaczyna robić się niebezpiecznie, bo odruchowo klepię „daj spać dalej”. Na szczęście za tujami parkuje samochód, otwierają się drzwi, a z nich wręcz podmuchem wiatru uderza przebój „jesteś szalona, LALALA!”. No dobra, dzięki, już wstaję. Na hejnał przyjmuję litr soku i jadę dalej.

Na przełęczy przed Ujściem Gorlickim mijam młodzieżówkę tamtejszego klubu kolarskiego. Miny mają średnie bo zjeżdżać po tych dziurach, które ja podjechałem, to przyjemność nijaka. Ja natomiast dostaję w nagrodę nowiutki asfalt. Mknę do miasteczka na spotkanie z segmentem przez Beskid Niski i Pogórza. W zasadzie bardziej przez te drugie, co ma dzuże znaczenie w kontekście ukształtowania terenu. Beskid Niski to w większości łagodne stoki, ale sasiednie pogórza to prawdziwa rzeźnia i rollercoaster bez trzymanki.

Gdy wyjechałem z Ujścia, mym oczom ukazała się… ściana. Cholernie stromo, do tego w pełnym słońcu. Jakoś ją pokonuję, na górze na szczęście zaczyna się już las. Przeglądam profil wysokościowy i widzę, że takich ścian przede mną spora kolekcja. No cóż, miało być ponad 9000m przewyższeń a brakuje jeszcze 1/3. Przede mną nie ma żadnych dużych gór, nie ma się co łudzić że uzbieranie tego pójdzie gładko.

Droga przez kolejne ścianki to coraz węższy i coraz gorszy asfalt. Miejscami pamięta chyba Łemków i w zasadzie jest zmielony na żwir. Na dodatek na tych wąskich dróżkach panuje niemały ruch. Co chwilę się z kimś mijam, co na tych drogach wymaga zwolnienia i uwagi. Leżący w którejś dziurze baton energetyczny jest wyraźnym znakiem, że nie tylko ja tak tyram. Podnoszę, opakowanie nienaruszone. Pożeram na miejscu. Wyzwolony w organiźmie impuls przypomina, że dawno nie jadłem. W gorącu, bez snu łatwo o tym zapomnieć a skutki wyjechania paliwa do końca mogą być opłakane. Ja się po czymś takim zbieram długo. Trzeba rozejrzeć się za obiadem.

Na którymś zjeździe omal nie kończę udziału w maratonie. Podczas gdy pędzę w dół po dziurach, jakiś pajac przestawia samochód z podwórka na pole takim szerokim skrętem, że nie zostawia mi miejsca przy skraju drogi. Staję na przednim kole, prawie ląduję na masce. Rugam go jak psa ale bez efektu.

Jakiś kilometr dalej, na początku kolejnego podjazdu czeka mnie miła niespodzianka. Z przeciwka pędzi jakiś szoson. Okazuje się, że to Roman. Niestety, wie już że maratonu nie ukończy bo musi wcześniej stawić się w pracy. Szkoda. Nie ględzimy za dużo, w końcu to wyścigi, co nie?

W Stróżach znajduję czynny bar i szybciutko wciągam porządny obiad. Piszę do Krzyśka, który po noclegu jakby odzyskał siły i chyba mnie dogania. Też planuje tu zjeść ale koniec końców ruszam przed jego przybyciem.

Z głównej drogi skręcam w coś małego i momentalnie poznaję miejsce. Tędy jechałem na Zlot forum dwa lata temu. I pamiętam, że była niezła przeprawa po pagórkach. Parę kilometrów dalej nie mogę uwierzyć, że pchałem się tu z wypchanymi sakwami. Chodorowa, Mogilno, Przydonica — ten rejon to istne wariactwo jeśli chodzi o stromiznę dróg. Na szczęście wszystko pokryte nowym, pięknym asfaltem. Jak ktoś się chce wyżyć na ściankach to polecam cały ten rejon: Pogórze Rożnowskie, Ciężkowickie i Pasmo Brzanki. Niewiele tu lasów, dzięki czemu cały czas można podziwiać piękne widoki, a jak ktoś dotrze do wieży w Bruśniku, to będzie mógł ogarnąć przez umieszczoną tam lornetę całą panoramę od Tatr po Bieszczady.

Kawałek dalej, w Mogilnie, spotykam Daniela. Zaczął jazdę dopiero 6 godzin temu, więc tryska energią i humorem. Ma w planie pokonanie trasy w 31 godzin. Cholernie ambitnie. Ja chciałem w 40. Potem okaże się, że obaj byliśmy optymistami, jednak jego czas będzie i tak imponujący.

Jeszcze parę podjazdów, na koniec szalony zjazd nad rojące się turystami Jezioro Rożnowskie. Oj, całkiem inaczej było tu w maju — tak spokojnie i cicho. Ruch spory, więc prę do przodu. W dolinie Dunajca wpadam na krajówkę. Płasko, ruchliwie, pobocze nie nadaje się do jazdy. To nawet motywuje, spinam się by jak najszybciej opuścić tę paskudną drogę i jednocześnie poprawiam podupadające statystyki.

Niedługo potem znowu ktoś mnie zagaduje. Lokalny szoson na przejażdżce. Miło znowu z kimś porozmawiać, czas szybciej upływa. Wspinamy się z Laskowej na Rozdziele. Ależ tu stromo! Mój towarzysz na szosowej kasecie jedzie w jakimś pośrednim przełożeniu a ja wlokę się na najniższym dostępnym biegu. To chyba wystarczające świadectwo, że pora kończyć tę imprezę. Docieramy na szczyt i tu nasze drogi się rozchodzą a ja zaczynam ostatni już segment przez Beskid Wyspowy.

Zapomniałem opierniczyć Krzyśka za podjazd pod cmentarz w Żegocinie. Droga tak stroma, że na towarzyszącym jej chodniku zamontowano… poręcz. Trzeba cisnąć na stojąco. Ściana jakby zrobiona do testowania wytrzymałości łańcucha. Szkoda tylko, że jego zerwanie oznaczałoby zapewne straty w uzębieniu. Chyba specjalnie to wymyślił, żeby w końcu zmusić do zejścia z roweru i prowadzenia. Ale nie ma mowy! Wszystko dotąd podjechałem i resztę też podjadę.

Potem następuje skomplikowany nawigacyjnie labirynt po bocznych dróżkach. Coś jakby konkurs na zaliczenie każdego w okolicy podwórka. A jest ciepły, sobotni wieczór. Tak jak przez cały dzień ludzie zajęci byli pracami w ogródku — koszeniem, pieleniem, sprzątaniem — tak teraz zasiedli przy grillach i piwku. Rodziny komentują moje zmagania. „Patrzcie, Majka jedzie” słyszę zza płotu. No tak, dzisiaj w Krakowie przecież była konkurencyjna impreza o dość pretensjonalnej nazwie — Tur de Poloń czy jakoś tak. Nieważne, bo to przecież jacyś krótkodystansowi amatorzy, nawet dwóch stówek nie ukręcą i kończą 😉

Zapada noc a mi wysiada lampka. Motam więc czołówkę na lemondce bo nie chce mi się kupować baterii na te ostatnie kilometry. Segment wieńczy most w remoncie. Przeprowadzam rower drewnianą kładką i przede mną pozostaje tylko powrót do Krakowa. To oznacza jeszcze kilka wspinaczek przed Wieliczką i jazdę biedaautostradą łączącą ją z grodem Kraka. Dobrze, że już późno i ruch niewielki. Na drodze wyprzedzam dziewczynę na rowerze będącym ewidentnie tym samym co we Wrocławiu jeździ jako rower miejski. To już drugi raz, gdy widzę te maszyny kilkaset kilometrów na wschód od mojego miasta, oczywiście pozbawione wszystkich oznaczeń i reklam. Ciekawe jakimi kanałami one tu docierają?

W końcu klepię metę przy Punkcie Docelowym i wykonuję natychmiastowy zwrot do pobliskiego hostelu. Wjazd pod prysznic a potem do łóżka. Jeść będziemy jutro.

Śpię 11 godzin, po czym znowu przenoszę się na metę. Olaf właśnie dojechał, zaraz pojawia się Krzysiek, a niedługo i Roman. Zaczynam pustoszyć pobliskie lokale gastronomiczne. Duża porcja lodów, risotto, piwko, kawa. Przed pociągiem łapię jeszcze kebaba. Co za szczęście, że kupiłem bilet wcześniej. W pociągu szaleństwo, zajęte prawie wszystkie wieszaki na rowery a pomiędzy nimi cisną się pasażerowie bez miejscówek. Jakaś dziewczyna nieszczęśliwie wyciera mi bluzką łańcuch ale zachowuje dobry humor.

Po drodze do domu przechwytuję solidny obiad od osiedlowego Wietnamczyka, poprawiam jeszcze porcją warzyw i śledzi. Śpię znowu 11 godzin, rano uzupełniam płyny i dopiero potem sprawdzam wagę. I tak zniknął gdzieś kilogram.


Podsumowanie: o imprezie

Pomysł Krzyśka okazał się rewelacyjny. Dużo ciekawszy niż maratony po z góry ustalonych trasach. Fajnie było niespodziewanie spotkać na trasie innych zawodników jadących w drugą stronę, zabawne było z innymi minąć się o metry, nie będąc tego świadomym. Frajdy na pewno dodałaby wyższa frekwencja a także ułożenie segmentów bardziej równoległych, by zadanie ustalenia kolejności zaliczania miało więcej rozwiązań zbliżonych do optymalnego.

Bardzo miłe było też szerokie okno czasowe na przejechanie trasy, a w szczególności swoboda dobrania pory startu. W czasach gdy niemal każdy jeździ z nawigacją możemy sobie pozwolić na taki manewr, a dodaje to też smaczku rywalizacji, gdy nie wiadomo do samego końca jaka będzie kolejność w rankingu.

Na szczęście pomysłodawca planuje za rok powtórkę, uwzględniając doświadczenia z tej edycji 🙂

Podsumowanie: osobiste

Optymistyczny plan zakładał ukończenie w 40 godzin. Udało się w 41:27, z czego jestem zadowolny. To drugi czas w klasyfikacji, choć w tak małej obsadzie o niczym to nie świadczy. Od zwycięzcy, Daniela, i tak dzieli mnie przepaść.

Był to chyba najtrudniejszy maraton, w jakim brałem udział. Porównać go mogę tylko z zeszłorocznym Północ-Południe, choć tam trudności były innego rodzaju, głównie z powodu bezlitosnej wrześniowej pogody, ogólnego zmęczenia po sezonie a także mojej żenującej wpadki logistycznej (nie wgrałem trasy). Tutaj jednak na mecie pojawiłem się w dużo lepszej kondycji, tak fizycznej jak i psychicznej.

Nigdy nie pokonałem tylu metrów w pionie za jednym zamachem, a na dodatek po raz pierwszy na takim dystansie niczego nie podchodziłem na piechotę. Zgubienie 7kg od czerwca ułatwiło górskie zmagania w sposób, którego się nie spodziewałem.

Karpacki Hulaka dodał mi sporo odwagi przed MRDP, w którym swój udział nadal uważam za wariactwo. A teraz mam jeszcze blisko trzy tygodnie na regenerację i planowanie strategii.

Oryginalny tekst na stronie: http://emes.bikestats.pl/1605319,Karpacki-Hulaka-2017.html
Opublikowano za zgodą Autora.