Maraton Podróżnika 2017

Start

Budzę się wcześnie rano. Krótki spacer i wracam do śpiwora. Jeszcze godzina. Mocny sen pozwala trochę odbudować morale i siły po całym tygodniu pracy i lekkim przeziębieniu. W końcu nie ma przeproś, trzeba wstać. Gimnastyka. Mam sporo czasu. Toaleta, śniadanie w gronie startujących, które poprawiam jeszcze liofem pod przysłowiowy korek. Czas się rozciąga. 50 minut do startu. Kolejny przegląd roweru. W końcu udaję się na parking przed budynkiem z recepcją kempingu, by uczestniczyć w startach poszczególnych grup. Moja, przedostatnia na liście; rusza o 8:30. Mocny skład: Michał Wolff, Paweł Ilba, Darek Urbańczyk, Marcin Kroner, Marceli Byczek, Michał Więcki, Gabriel Dobrowolski i Piotrek Waksmundzki. Obsadzenie mnie w takim towarzystwie przez Tomka Niepokoja przyjąłem jako swoisty gest zaufania. Czuję się dobrze przygotowany, ale i nie wolny od obaw związanych z trasą: prawie 500 km, ponad 6000 m podjazdów, w tym dobrze znane „sztajfy” w postaci przełęczy Rędzińskiej i Karkonoskiej, szarpane tempo, zapowiadany upał … Stoję więc z profilem trasy w ręku i przypominam sobie taktykę na poszczególne jej części: „ogień” z grupą – „tak długo jak się da”, własnym rytmem na południową stronę Karkonoszy, mocnym tempem do punktu żywieniowego, solidny odpoczynek, czyli 20-30 min laby, przed 22-gą pod Szczelińcem w Górach Stołowych, bez odpoczynków do Paczkowa, bladym świtem ku mecie. Zamykam oczy. Znam wszystkie miejsca przez które będziemy jechać. To uspokaja, dodaje pewności siebie…

Przed startem. Zdjęcie: Vuki

Do Jawora z grupą, czyli „jedź albo giń”

Ostatnie, przedstartowe treningi pokazały, że bez większych problemów jestem wstanie utrzymywać średnią 30 km/h dla dystansów 100 km, z ok. 800-1000 m podjazdów. Po kilku takich wyjazdach, nie czułem zmęczenia, więc spodziewałem się, że mam lekki zapas, z którego mogę skorzystać. Powtarzam to sobie jak mantrę. W końcu pada komenda START. Kliki wpinanych butów, okrzyki kibiców. Jedziemy. Od razu wrzucamy tempo przelotowe, 35-36 km/h, na zjazdach dokręcamy. Pociąg rozpędza się, nabiera wigoru, głównie za sprawą Gavka, a potem kolegów Pawła i Michała. Trzymam się z tyłu, gdzieś obok Waxa, Byczysa i Wilka. Nie za bardzo jest jak pogadać. Większość wypowiadanych słów gubi się i zatraca w pędzie. A ten nakręca grupę od środka. Średnia szybuje w okolice 38 km/h. Gnamy tak, że na większych wybojach gubimy bidony, lampki i banany. Nikt nie staje i nie próbuje nawet zbierać tych fantów.  Zaczynamy mijać wcześniejsze grupy startowe: 6, 5, 4 …  W Strzegomiu, na światłach lekkie zamieszanie i grupa pęka. Z tyłu zostaje Wilk, który majstruje coś przy czujniku kadencji, przez co łapie czerwone światło. Lekki podjazd, czekam na Wilka, a gdy dojeżdża do mnie pytam: „Spawamy to?”. Grupa odjechała na jakieś 300-400 m. W odpowiedzi Michał wrzuca twarde biegi i zaczynamy odrabiać tę stratę. Pogoń trwa jakieś 2-3 km, po których ostatecznie Wilk dojeżdża do grupy, a ja zostaję z tyłu. Do Jawora wpadam rozpędzony i przez nieuwagę, zamiast skręcić w prawo, lecę na wprost. Ostre hamowanie, zawrotka i w tym momencie widzę i słyszę szybszą połowę ostatniej grupy. Tomek krzyczy „Krzychu tędy!” i tyle ich widziałem. Na twardym przełożeniu gramolę się pod lekką górkę i jadę dalej. „Dobra, starczy!” Plan wykonany. Niebawem zacznie się pierwszy, lekki podjazd przez pasmo okolic Myśliborza, więc jest czas by nieco ochłonąć.

Własnym rytmem na południową stronę Karkonoszy

Do Myśliborza ciągnę swoim standardowym tempem, czyli ok. 32-33 km/h. Robi się gorąco. W końcu mam okazję by cokolwiek przegryźć. Uzupełniam też płyny, poprawiam bakaliami. Od startu jadę na śniadaniu i jednym żelu. Na podjeździe pod Myślinów mijam Waxa i Memorka, z którymi będę się tasował na trasie jeszcze wielokrotnie. Kawałek dalej spotykam Turystę. Trochę gadamy, ale, że obaj mamy we krwi jazdę po swojemu, na zmianę tasujemy się przez kilka kilometrów. Do Kaczorowa udaje mi się dojechać do grupy trzeciej i drugiej. Spotykam chłopaków z Krakowa. Wizyta w sklepie. Na szybko. Zjadam drożdżówkę, popijam mrożoną herbatą, dolewam płyny do bidonów. W międzyczasie mija nas Turysta. W podjazd pod przełęcz Rędzińską wbijam z Lunatykiem, a za Pankracym. Jeździmy podobnie i dochodzimy do Turysty. Pankracy mocno ciśnie, więc staram się trzymać tuż za nim. Podjazd jest naprawdę tęgi i dodatkowo mocno dogrzany przez słońce. Wciągam go na młynku. Na przełamaniu drogi Jelona strzela fotki…

Na przełęczy Rędzińskiej. Zdjęcie: jelona

Zatrzymuję się. Podziwiam widoki i robię siku na poboczu … cóż, natury nie oszukasz ;-). Dwa łyki z bidonu, trzy słowa z Pankracym i ruszam za Turystą, który właśnie zaczął zjazd. Z drugiej strony podjeżdżają zawodnicy z dystansu 300 km. Pozdrawiamy się. To bardzo sympatyczny moment całego Maratonu. Przed Pisarzowicami znów jestem w duecie z Turystą, którego gubię na łukach pod przełęczą Kowarską. Zjazd do Kowar znam bardzo dobrze, więc staram się podkręcić tempo. Wiem, że gdzieś tam z przodu leci Wax, ale na dojeździe do Podgórzyna nie udaje mi się go złapać. Za to łapię Vukiego, z którym szukamy „ostatniego sklepu w Polsce”. Oboje jesteśmy zafiksowani na tym, że jest on gdzieś w okolicach „tramwaju”, więc mijamy bez zatrzymania otwarty sklep. Błąd. Kręcimy się wokół budynku z „tramwajem”, Vuki postanawia zjechać w dół, a ja wpadam na Turystę, który przekonuje mnie, że wyżej w Przysiece z pewnością coś znajdziemy. Dobra. Zaczyna się podjazd pod Karkonoską. W bidonach prawie pusto, więc z niepokojem wyglądam sklepu. Czuję również potrzebę dorzucenia do żołądka czegoś co ma jakąkolwiek masę. Kolejne łuki drogi, na których rozpoznaję Byczysa. W końcu jest i sklep, do którego zawija również Wigor i jeszcze jeden kolega.

Sklep w Przysiece. Zdjęcie: Turysta

Kupuję drożdżówkę, bułkę, napoje. Jem i widzę jak obok przejeżdżają kolejne osoby. W tym momencie dopadły mnie Hipki. Znów ruszam chwilę po Turyście, a z łuków drogi widzę, jak niżej ciągną Lunatyk z Pankracym. Na Przełęcz Karkonoską podjeżdżałem jesienią zeszłego roku. Wówczas zaliczyłem górną część tego podjazdu, czyli fragment od tzw. „Drogi Sudeckiej” (jechałem z Karpacza). Wiedziałem jak będzie i czego się spodziewać. Przy kasecie 36 i małej zębatce 34 z przodu, podjazd nie stanowi większego wyzwania. Owszem daje w dupę, ale w zasadzie to czysta formalność. Wolno i bez specjalnej spiny robię całość w siodle i bez zatrzymania. Na grzbiecie karkonoskim wrzucam na siebie plastron, by mieć minimalną ochronę przed zimnym wiatrem i spadam w dolinę Łaby. Szalony zjazd trwa i trwa.  Ponownie mijam Turystę, skręcam do Vrchlabi, a potem przyjemną ścieżką rowerową wzdłuż drogi nr 14 jadę na wschód.

Mocnym tempem do punktu żywieniowego

W miejscowości Cerny Dul zatrzymuję się przy sklepie. Mam przy sobie 200 koron, więc kupuję banany, dwie puszki coli i kolejną drożdżówkę. Zajadam i myślę nad tym, co dalej. Właściwie nie za bardzo mam się z kim ścigać. Domyślam się, że Wax, Wigor i Byczys, a więc jedyne osoby z którymi mógłbym powalczyć o miejsce są przede mną, co potem okazuje się zresztą nieprawdą. Byczys został bowiem gdzieś z tyłu, z powodu bólu kolana, o czym dowiem się dopiero później. Do reszty osób mam spory zapas czasowy. Wiem też, że podjazd na Karkonoską przypadł na godziny w których na ogół zaliczam lekką „bombę”, więc przede mną „happy hours”, czyli zwyczajowy przypływ mocy między 16-stą a 21-wszą. Znany sobie podjazd na Janske Lazne, który lubię robię więc dość sprawie i szybko dojeżdżam na nim do Turysty, który jedzie w duecie z kolegą, którego nie mogę zidentyfikować. Cały czeski odcinek, to dobrej jakości drogi, piękne widoki na Karkonosze i malownicze okolice doliny Upy. Od Trutnova do Lubawki, gdzie jest kolejny punkt kontrolny jadę równym tempem. W Lubawce pierwszy raz sprawdzam też relację sms-ową. Okazuje się, że nasz forumowy kolega Tysek, właśnie założył „Radio dzwon” i na bieżąco zdaje relacje z przebiegu rywalizacji. Jadę i czytam. Uśmiecham się, że cały ten dzisiejszy znój, to również powód do dobrej zabawy dla innych. W dobrym nastroju mijam Chełmsko Śląskie i kieruję się na Przełęcz Chełmsko, tuż przed Różaną i Mieroszowem. Na zawijasach drogi spotykam sporo osób z dystansu 300 km. Chwilę jadę ze Starsząpanią. Ola mocno walczy i konsekwentnie zdobywa wysokość – widać, że dziewczyna ma sporo ognia! Na szybkich zjazdach w obniżenie Mieroszowa doganiam Wigora, z którym wspólnie wbijamy na punkt żywieniowy.

Wjazd na punkt żywieniowy z Wigorem. Zdjęcie: jelona

Solidny odpoczynek, czyli 30 min laby

Punkt żywieniowy rozlokowany jest w obrębie wiaty stojącej przy skraju lasu. Po całym dniu w słońcu, cień i chłód tego miejsca mają kojące działanie. Niesamowite wrażenie robi na mnie opanowanie osób zaangażowanych w jego przygotowanie i obsługę. Autorefleksja, której treść zawiera się w słowach: „nasze szaleństwo w objęciach troski”. Mama emesa, Dewunska, Kot, Oszej, jelona … wspominam do teraz Waszą opiekuńczą postawę. Byliście niesamowici. W zasadzie o nic nie proszę, wszystko samo ląduje w moich rękach: napoje, makaron z serem, owoce (genialny pomysł z arbuzem). Jem i piję. Na punkcie zastaję Wax-a. Razem pochłaniamy kolejne porcje. Trzymam się planu, więc nie pozwalam sobie, na zbyt szybki odjazd. Minimum 20 minut. Ostatecznie z ogarnięciem roweru i wizytą w toalecie wychodzi 30 minut laby. Pojawiają się osoby z dystansu 300 km. Kolejny, bardzo trafiony pomysł na integrację startujących. Trochę zdziwiony zauważam Byczysa, który zawija na punkt, w momencie gdy odjeżdżam. Wigor ciągle coś przegryza, Wax już poleciał. Kurde, trzeba jechać 😉

Przed 22-gą pod Szczelińcem w Górach Stołowych

Odpoczynek w połowie dystansu sporo mi dał. Czuję się wypoczęty, najedzony i zaopatrzony. Nic tylko gnać przez malownicze Góry Stołowe. Pięknie tu. Skalne miasto w Adrspachu świeci złotem nisko już zawieszonego słońca. W mijanych knajpkach siedzą wspinacze. Z racji coraz późniejszej pory dnia, ciepłe i nagrzane wzgórza, przyjemnie kontrastują z chłodnymi obniżeniami dolin. Jedzie się świetnie, choć zaczyna przeszkadzać mi brak jasnych szkieł w okularach. Zapomniałem zabrać zamienniki, więc zmuszony jestem do jazdy bez osłony na oczach, co niestety kończy się kilkukrotnym wydłubywaniem z nich, co bardziej wścibskich owadów. Zatrzymuję się tylko raz, by zrobić jedyne zdjęcie podczas całej soboty 😉

W dolinie rzeki Metuje

W Kudowej Zdroju, kolejny punkt kontrolny. Przystaję na 2 minuty. Po drugiej stronie ulicy dancing, gwar, na chodnikach sporo spacerowiczów. Czytam „Radio dzwon” i ruszam. Mam też towarzystwo w osobie kolegi Fikołka, z grupy 300 km. Wskakuje mi na koło i jedziemy pod Szczeliniec. Czekam na ten podjazd, bo czuję, że mogę mocniej przycisnąć. Robi się coraz ciemniej, a w końcu gasną ostatnie, najbledsze już odcienie szarości. Droga Stu Zakrętów bardzo mi się podobała, a na kończącej podjazd kulminacji jestem po 13 godzinach i 30 minutach od startu, a więc równo o 22-giej. Widzę migające i uciekające do przodu czerwone światełko Waxa. Postanawiam przebrać się na noc. Wkładam cienką bluzę z długim rękawem i narzucam plastron. W tym czasie mija mnie Wigor.

Bez odpoczynków do Paczkowa

Na mrocznych zjazdach do Radkowa nie tyle gonię za kolegami, co wsłuchuję się w sygnały własnego organizmu. Kilka razy wypinam lewego buta z pedałów i przywracam krążenie w lekko zdrętwiałych palcach. Zaczyna pobolewać mnie również prawy nadgarstek, pewnie z powodu większego oporu klamki hamulca, przez co muszę przykładać więcej siły podczas hamowania. Ukłucia w żołądku, chwilowe zapieki w mięśniach, ból karku… Standard. Zmieniam pozycje, prostuję plecy, rozciągam mięśnie nóg. Działa. Od Radkowa do Wambierzyc zachwycam się drogą rowerową poprowadzoną po wylesionych, widokowych garbach. Srebrna połówka Księżyca w koniunkcji z Jowiszem. Gwiazdy. W Wambierzycach skręt tuż przy bazylice – nigdy nie byłem tu, o takiej porze dnia! Myślę nad logistyką. W Polanicy Zdroju na pewno jest czynna stacja benzynowa, ale nie za bardzo pasuje mi się tam zatrzymywać. Mam jeszcze od groma batonów, sporo żeli, drożdżówkę zabraną na punkcie żywieniowym i cały bidon wody. Kusi co prawda wizja zjedzenia czegoś ciepłego, ale ostatecznie porzucam te myśli. Wiem, że na podjeździe pod Puchaczówkę uzupełnię wodę, w jednym z kilku, przydrożnych i ocembrowanych źródełek. Przedostatni podjazd maratonu zaczyna się w Idzikowie. Od tej strony go nie robiłem, ale znam jego charakter z zeszłorocznego wypadu w Sudety. To równy ciąg i sporo metrów w pionie, ale bez jakiś zatykających płuca ścianek. Nogi już nie te, więc jedzie się dość ciężko. Po prawej szumi potok, a ja staram się wyłapać szum źródeł po lewej stronie. Mocny, wyraźny dźwięk – skręcam kierownicę i jestem na wprost ujęcia krystalicznej, górskiej wody.  Bingo! Przemywam twarz, ręce, napełniam bidony. Przez głowę przelatuje mi myśl, by sms-em poinformować innych jadących o tym źródle, ale dochodzę do wniosku, że nie da się go minąć, będąc spragnionym 🙂 Oczywiście pomyliłem się co do tego w 100 procentach 😉 Przed zjazdem do Stronia Śląskiego zakładam nogawki, a plastrom zamieniam na kurtkę. Zrobiło się zimno. Uwagi wymaga również spora liczba dziur i nierówności drogi. Przed Lądkiem, zimny chłód doliny Białej Lądeckiej wciska się bezwzględnie we wszelkie zakamarki ubrania, więc wprost nie mogę doczekać się już podjazdu pod Przełęcz Lądecką. W pustym mieście słychać tylko imprezowe ryki, a mijani tubylcy w dresikach krzyczą z pytaniem: „Co Wy tu k….wa, jakieś zawody macie, czy co?!” Na zjazdach do Paczkowa łapię się na tym, że mam już spóźnione reakcje, przez co o mało nie wylatuję z drogi. Zwalniam. Po chwili jestem znów w Polsce i zastanawiam się, czy fatygować się na stację oddaloną o 0,5 km na wschód. Marzy mi się ciepła herbata. Szybka ocena stanu bidonów i wiem, że nic z tego nie będzie. Przede mną ostatnie 100 km …

Bladym świtem ku mecie

Według profilu trasy odcinek Paczków – meta, to w zasadzie jazda po „płaskim”. Dobre sobie. Przypominają mi się forumowe utarczki na ten temat z jesieni ubiegłego roku ;-). Ostrych hopek nie brakuje, dodatkowo zaczynają się najgorsze asfalty na całej trasie. Tyłek jęczy, a koła co chwilę walą w ostre krawędzie wyrw. Co rusz staję w pedałach, by ulżyć czterem literom. Skręt na Stolec witam będąc już ostro zmielonym. Dopada mnie senność. Powieki lecą w dół pomimo ciągłych wibracji roweru. Długo tak nie pociągnę, więc zaczynam rozglądać się za jakimś przystępnym miejscem na krótką drzemkę. Wybawienie przychodzi w centrum Stolca. Do wyboru mam dwie szerokie ławki. Nastawiam budzik. Kładę się i zasypiam. Odpływam szybciej niż podczas szpitalnej narkozy, w czym nie są w stanie przeszkodzić mi, opętańczo wręcz świergoczące ptaki. Siedem minut szczęścia, po których bez zająknięcia wskakuję na rower. Działam jak maszyna, a ta domaga się paliwa. Łykam dwa żele i osuszam bidon. Całość zagryzam daktylami, o których istnieniu kompletnie zapomniałem. Miłe zaskoczenie, tak swoją drogą. Słońce wyłazi krwawym rąbkiem ponad horyzont. Do łez rozbawia mnie „śmiej-żelek” zgubiony przez kogoś jadącego przede mną. Pomarańczowy i człekokształtny klejnocik na środku pustej drogi. Pierwszy raz „przeliczam” pozostające przede mną kilometry na bardziej obrazowe wizje. I chce mi się jeść. Cokolwiek, byle nie słodkie.

Świt

Stacja BP w Niemczy, przy skrzyżowaniu z DK8. Nie dowierzam własnym oczom! Smak bułki z łososiem i jajkiem, podgrzanej … O mały włos, a z tej ekstazy przegryzłbym sobie wargę. W sumie szkoda, że tak się nie stało. Wypijam kubek herbaty, a potem przebieram się znów na lekko. Szybko robi się ciepło i cieszę się, że nie będę jechał w skwarze dnia drugiego … Trzydzieści pięć kilometrów. Jeden skok. Wraca do mnie stan uniesienia, tak mocno i wielokrotnie doświadczany podczas całego maratonu. Podjazd z Wirów pod przełęcz Tąpadła w całości na stojąco. Finisz to finisz, nie ma, że boli.  Ciekawa sprawa z tym Podróżnikiem… Jechałem, jechałem i w końcu zacząłem doświadczać tego samego, co niegdyś w górach: „stanu łaski”, swoistego nadania, tak, jakbym otworzył drzwi, za którymi czeka tylko NIEZNANE, które odkryłem dla siebie. I wcale nie piękne. Pięknoduchostwa było w tym mało. Była czystość. Ból docierał jak jad, a zapiek mięśni długo tkwił drzazgą. Była też wdzięczność do ludzi, tych wszystkich osób, o których pomyślałem tamtej doby. I radość spełnienia.

Na metę przyjechałem o 7:50, po 21 godzinach jazdy oraz po 23 godzinach i 19 minutach, jakie upłynęły od startu. 16 miejsce na 67 startujących osób, to wynik który cieszy. Przetrwałem kryzysy, pojechałem zarówno roztropnie, jak i sprytnie … jak mawiają klasycy 😉 No i zebrałem kolejne doświadczenia, bo przecież, to dopiero druga impreza ultra, w moim wykonaniu. Teraz pora nieco odpocząć, by przygotować się na kolejne wyzwanie. Karpacki Hulaka końcem lipca … zapowiada się mega przygoda 🙂

 


P.S. Na koniec chciałbym podziękować za wsparcie, jakie przed oraz w trakcie Maratonu okazały mi bliskie mi osoby.  Dziękuję również, za wymierne wsparcie ze strony ekipy sklepu e-pamir.pl – liofy, kubek, kuchenka sprawdziły się wybornie!

4 Komentarzy

  1. Michał Sałaban

    Krzysiek! Świetnie to zaplanowałeś a jeszcze lepiej zrealizowałeś. Taki wynik w drugim w życiu maratonie to powód do dumy. Oby tak dalej!

    Powtórz
  2. Kris

    Jesteś mega-koks stary. Masz moc, za rok będziesz śmigał w pierwszych dziesiątkach aż miło. Gratulacje. Piękny wynik. I jeszcze lepsza relacja.

    Powtórz
  3. Krzysiek Sobiecki (Komentarze autora)

    Michał, Kris … dziękuję! Jednego czego sobie i Wam życzę, to byśmy w takim zdrowiu jak teraz spotykali się jak najczęściej, na równie fajowskich imprezach rowerowych 🙂

    Powtórz
  4. byczys

    Dopiero dziś przeczytałem na spokojnie całość. Wiedziałem ,że będzie fajnie napisane, więc wolałem usiąść do tego na spokojnie. No i nie zawiodłem się. Dzięki za wspólne emocje i kilometry 😉 No i jeszcze raz gratuluję świetnego wyniku!

    Powtórz

Dodaj komentarz