Maraton Północ – Południe 2017 r.

MPP17, gdzieś na Kaszubach. Fot. Michał Sałaban

Start w maratonie Północ-Południe od początku traktowałem, jako najważniejszy akcent sportowy obecnego sezonu. Znów miałem wkroczyć w nieznane sobie rewiry długodystansowej jazdy, na nieomal 1000 km trasie, z dwiema nocami w siodle i masą niewiadomych jakie czyhają po drodze. Tymczasem im bliżej było startu, tym bardziej czułem, że trudno mi zbudować w sobie postawę wyczekiwania i niezbędnej mobilizacji. Horyzonty myśli wypełniały bowiem tematy poza rowerowe i jak okiem sięgnąć wszędzie panował dziwny spokój. Na dwa dni przed wyjazdem na Hel, wymieniłem suport, kilka dni wcześniej linki i pancerze hamulców i przerzutek. Rower uznałem za przygotowany. Przez cały sierpień przejechałem raptem 280 km, a jego pierwsze dwa tygodnie regenerowałem się urlopowo, po Karpackim Hulace. Tych kilka treningów uświadomiło mi jednak, że forma zbudowana w górach, nie uleciała. Czułem nie tyle moc, co spory zapas sił, co w kontekście trasy MPP uznałem za dobry prognostyk. Rozmyślania nad taktyką lawirowały między dwoma rozwiązaniami: jazda non-stop dzień/noc/dzień plus krótki nocleg i dzień na finisz albo jazda na dwa krótkie odpoczynki, rozdzielające mniejsze, ale mniej więcej równe sobie dystanse. Prognozy pogody zapowiadały solidne deszcze, więc postanowiłem podejść do rozważań taktycznych elastycznie i zobaczyć, co przyniesie trasa. No i cel, ten zawsze dobrze mieć, więc, by choć w minimalnym stopniu odkręcić jakoś kurek pobudzającej adrenaliny postawiłem na zmieszczenie się w pierwszej dziesiątce.

 

Do Gdyni dojechałem w towarzystwie Olafa Teleszyńskiego, z którym przegadaliśmy całą drogę od Krakowa. Wplecione w tematy rowerowe, jak MRDP, Hulaka, czy przyszłoroczny Maraton Podróżnika prywatne wątki i to przyjemne uczucie, że nadajemy na podobnych częstotliwościach … nie wiem kiedy przelecieliśmy przez całą Polskę. Wagon dalej podróżowała koleżanka Dorota. W Gdyni, za radą Olafa szybko ustawiliśmy się na drugim peronie w oczekiwaniu na otwarcie składu szynobusu na Hel. Wagon rowerowy liczył raptem 6 miejsc, a na ławeczkach już zastaliśmy dwóch kolegów. Ostatecznie udało się wsiąść i zająć miejsca. Im bliżej jednak było odjazdu, tym atmosfera gęstniała. Przybywali kolejni zawodnicy, którzy zajmowali miejsca w pociągu. Wspólnymi siłami staraliśmy tak poukładać rowery i bagaże, by zapewnić nie tylko ich stabilność podczas jazdy, ale i możliwość swobodnego przejścia innym podróżnym.  Zresztą tych ostatnich nie było wiele i spokojnie każdy mógł znaleźć miejsce dla siebie. Wyraźnie inaczej na całość tej sytuacji patrzył jednak kierownik składu, który oznajmił, że szynobus nie ruszy dopóki nie opuszczą go osoby, których rowery nie znajdują się na regulaminowych miejscach. Trzymał się tego regulaminu z taką determinacją, że szybko okazało się, iż zostało nam jedynie brać go na przeczekanie. Kierownik głuchy na argumenty, dzięki którym mógłby choć na chwilę zaistnieć w naszych oczach jako człowiek, ostatecznie w asyście wezwanej straży kolei i policji wymusił opuszczenie pociągu przez kilka osób.  Do popisowej bezduszności dorzucił jeszcze arogancję i chamstwo okazane wobec Kota … W obronie Marzeny stanął Wilk, rozpętało się nie małe i zupełnie niepotrzebne piekiełko. Cóż, czasami mundur waży jednak zbyt wiele …

Domek nr 4.

Helkamp. Domek nr 4. Turysta już urzęduje w biurze. Przypominam sobie, że jestem w kapitule organizującej tę całą zabawę 😉 Robię przepak na metę, oporządzam rower. Niekończące się przywitania z kolejnymi startującymi. W końcu głód wygania mnie na spacer. Wiatr pachnie morzem. Na zachodzie białe skłębione chmury, w których skrywa się słońce. Ludzie wtuleni w pledy. Spokój. Dociera do mnie abstrakcja 987 km, które mam przejechać….

Wpadam do knajpki na zestaw dnia, z obowiązkową smażoną rybą, piwem, potem robię szybkie zakupy i znów jestem w bazie. Sączę kolejne piwo, wpisuję kilka osób na listę. Przyjeżdżają Wąski i Emes, a w chwilę później Hipki proponują „kolację na mieście”. Pizza, pogaduchy, kolejne piwko, przyjeżdża Tomek Niepokój. Do bazy wracamy jakoś ok. 22-giej. Wąski kusi złocistym wyrobem alkoholowym wtłoczonym w smukłą butelkę, bez banderoli. Bimber ma około 40% i po dwóch kieliszkach tego cuda przyjemne ciepło rozlewa się falą po moim ciele. Zawijam się w kołdrę.

Sobota

Wstaję późno. Za drzwiami pokoju słyszę krzątaninę, w końcu mieszkam w biurze 😉 Śniadanie jem na raty, by wepchać w siebie jak najwięcej. Starujemy dopiero o 10-rano, więc na początek idą bułki z serem topionym. Do kawy (dzięki Olo!) dorzucam gigantyczną drożdżówkę z serem i rodzynkami, po czym znów zjadam dwie bułki. Kolejna kawa, spacery i pogaduchy. Pora na „michę”: podwójne opakowanie płatków z bakaliami, dwa banany i żel. Nie wiem gdzie i jak się to wszystko we mnie mieści, ale na wszelki wypadek wypijam jeszcze trzecią kawę. Do startu godzina, więc w sam, by zdać bagaż i zaliczyć trzy wizyty we wiadomym miejscu. W końcu jadę pod latarnię morską, gdzie czeka już na nas wodzirej, cienka kreska linii startu i garstka kibiców.

Dojazd na linię startu. Fot. wiecho

Zegar przyspiesza, Emes macha ręką i ruszamy !!! Trzymam się w parze z Szafarem tuż za pilotującym nas przez pierwsze 20 km motorem. Szafar opowiada o MRDP. Kątem oka widzę jak w pewnym momencie policjant wykonuje charakterystyczny gest, którego wymowa jest bardzo jednoznaczna: „No to ogień Panie, Panowie!” Momentalnie w czubie robi się gęsto, Hipek robi „puk, puk” w plecy Agaty, ta odpowiada „No dobra, dobra, już, już … ” i nagle cała czołówka wrzuca ostre tempo. 13-15 osób odjeżdża dość szybko. Nie oglądam się za siebie, wiem że na plecach mam kilkanaście osób, więc jadę swoje. Mniej więcej stała prędkość z przedziału 30-33 km/h to mój sposób na tę fazę maratonu.  Boczny wiaterek od zatoki Puckiej, słońce. Po chwili na zmianę wychodzi Szafar, potem mija mnie kilku kolegów. Szarpane tempo nie specjalnie mi leży, ale czekam ciągle na 35-40 km, by odpowiednio rozgrzać mięśnie. Na kolejnej długiej prostej, mocną zmianę daje Turysta, który solidnie ciągnie. Jadę na 6-7 miejscu w tym wachlarzyku, ale koledzy coś nie bardzo kwapią się by zmienić Jacka. Mijam więc całą grupę, na koło wskakuje mi Szafar i znów poprawiam. Tym razem odjeżdżamy, a grupa pęka na kilka mniejszych.

Nad zatoką Pucką – Szafar na kole, fotografuje Turysta.

Przejazd przez Kaszuby bardzo mi pasuje. Pofalowany teren, bardzo podobny do okolic Krakowa. Szafar wyraźnie przyspiesza, więc zostaję sam. Z licznika nie schodzi 28-30 km/h, na podjazdach dokręcam, choć wszystko staram się robić na „pół gwizdka”. Jedzie się pysznie, cieszę oczy dawno nie odwiedzanymi krajobrazami. Podjazdy za Krokową i pod Kaszubskie Oko wkręcam leniwie zajadając ciastka z pestkami dyni i słonecznika. Jest urokliwie, w końcu dociera do mnie aura przygody. Sielankowy nastrój w sam raz by zrobić jedyne zdjęcie z całego wyjazdu … 😉 Gdzieś za miejscowością Luzino mijam się z jadącym z naprzeciwka forumowym kolegą Michałem Missimą.

Kaszubska sielanka.

Pierwsze dwieście kilometrów przejeżdżam z jednym „pisstopem” w miejscu, gdzie drogę przecina w poprzek rów i trzeba przenieść rower oraz z krótkim postojem w Skorzewie, gdzie podłączam powerbank. Mija mnie wtedy Romek Królikowski. Na stację benzynową w Czersku (208 km) dojeżdżam w chwili, gdy opuszczają ją Hipki. Przez moment zastanawiałem się by ruszyć z nimi, ale wizja kawy i chęć sprawdzenia sms-ów wygrały. Popijam więc kawę i dowiaduję się z czytanych wiadomości, że czołówka jest jakieś 15-20 km przede mną, a ja zajmuję na razie 17 miejsce. Jest nieźle, więc w dalszą drogę ruszam pozytywnie nastawiony. Długie proste przez lasy Borów Tucholskich i Wdeckiego Parku Krajobrazowego ciągną się bez końca, więc przejeżdżam je leżąc na lemondce, kontemplując przednią piastę koła. Zaczyna siąpić deszcz. W wąskich korytarzach dróg robi się ciemno. Kilometry mijają jednak bardzo szybko. W końcu dostrzegam migoczące czerwone światełko Romka i przez jakiś czas jedziemy w kontakcie wzrokowym.

Niedziela

Północ wypada w sam raz tuż przed nitką autostrady A1. Na 308 km zawijamy na stację we Frydrychowie. Witek z Agatą szykują się do dalszej nocnej jazdy, wypijamy wspólnie po kawie, ja dorzucam jeszcze ciepłe panini. Ociekamy wodą, jest mokro i zapowiada się przykra druga połowa nocy. Na razie opad to intensywny, choć drobny deszcz. Cieszy mnie obecność Hipków, bo wiem, że do rana nie będę jechał sam. Ruszają jednak szybciej niż ja, więc zanim ich dojdę we wsi Ruże (344 km) mija sporo czasu. Noc jest chłodna. Deszcz to przybiera na sile, to słabnie. Kręcimy tasując się na prowadzeniu, by od Nowej Wsi, aż do Gąbina (452 km) jechać razem. W międzyczasie łapiemy mniejsze lub większe zmuły. Hipek włącza playlistę, więc przez zalane deszczem lasy przebija się skoczne ska. Po chwili robię sobie 3 minutową przerwę na przystankowej wiacie. W dolinie Wisły regularnie już leje. Lecimy przez Płock i czekamy już na Gąbin, gdzie zawijamy na Orlen. Świta. Na stację dojeżdża kilku kolegów. Wszyscy wyglądamy dość marnie: przemoczone ciuchy, brudne twarze, chlupoczące wodą buty. Deszcz ustaje, ale nisko zawieszone chmury zdają się tylko potwierdzać przedstartowe prognozy, z których wiem tyle, że ma ostro lać. Zmieniam wiatrówkę na przeciwdeszczową kurtkę, pod którą zakładam suchą i cienką koszulkę z długim rękawem. Kawa i hot-dog na rozbudzenie. Zmiana ciuchów wychodzi mi na dobre. Wraca świeżość. Postanawiam dogonić Hipków, znów ruszyli nieco szybciej i minąć ich gdzieś w okolicach Skierniewic. Długie proste przed Łowiczem jadę równo wgapiając się w nisko zawieszone chmury. Drogi przesychają i ta chwilowa przerwa w opadzie deszczu wiele zmienia. Lekki wiatr kręci młynki zmieniając kierunek. Gdzieś daleko za mną pojawia się sylwetka rowerzysty. W Łowiczu jedziemy już razem i tak oto poznaję Tomka Kępczyńskiego (zajął 11 miejsce w generalce). Chwilę gadamy i dzielimy się wrażeniami z nocnej jazdy. Tomek ma problemy z ładowaniem nawigacji, z racji zalanych kabli, które przestały działać. Po jakimś czasie rozjeżdżamy się i do Skierniewic dojeżdżam sam. Klucząc po mieście wpadam w pewnym momencie na kamieniste pobocze drogi, gdy wkładając bidon w koszyk podbija mi koło na jakiejś dziurze. Tak już jest, gdy zamiast skupić się na opanowaniu roweru, próbuje się łapać dwie sroki za ogon. Ostatecznie zawracam po zgubiony bidon i z niepokojem oglądam tylną oponę, bo wydaje mi się, że wymaga dopompowania. Stwierdzam jednak, że nie ma co tracić czasu na dalsze dywagacje i po chwili melduję się przy szlabanie kolejowym, przy którym stoją Hipki. Uff … w końcu 🙂 Postanawiam już trwale pożegnać się z koleżeństwem, więc ruszam swoim tempem. Rower jednak gorzej jedzie, więc muszę zjechać na pobocze. Noż kurde … złapałem jednak „snejka”. Odkręcam koło, spuszczam powietrze i biorę się za ściąganie opony. Ze strony mijających mnie ponownie Hipków, słyszę pytanie: „Masz wszystko?”, potwierdzam, że tak i tyle ich widzę. Myślę sobie, no dobra … pewnie znów spotkamy się dopiero na Jurze. Zmiana dętki idzie szybko, całe szczęście że nie pada! W końcu ruszam … i po chwili, z nisko zawieszonych chmur zaczyna kropić deszcz, który szybko zmienia się w ulewę. Zjeżdżam na przystanek, by ubrać spodnie gore-texowe. Po drugiej stronie drogi zatrzymuje się auto, z którego ktoś pyta o to, czy jadę MPP i życzy dalszej, udanej jazdy. Do Rawy Mazowieckiej niebo zmienia barwę na szarą, a woda z kolein drogi zapewnia mi co chwilę darmowy prysznic tryskając spod jadących z przeciwka aut. Dojeżdża Tomek i do Opoczna, już ramię w ramię ciągniemy w strugach deszczu. Zaczynamy zastanawiać się nad jakąś chwilową przerwą…

Obiad w Opocznie wypadł wprost na rondzie w które wkręciliśmy się z Tomkiem obaj już mocno zmarznięci i zlani deszczem. To już nawet nie była do końca potrzeba zadowolenia żołądka czymś ciepłym i innym niż żel czy baton, co wynik chęci oderwania się od tej mokrej i nieprzyjaznej rzeczywistości szosy, z jej brudem i kałużami. Potrzebowałem odmiany. Wpakowaliśmy się więc z rowerami do środka karczmy i szybko zamówiliśmy co trzeba. Rosół i pierogi. Szklanka herbaty. Wyszperałem z torby zapasowy kabel z wtyczką do ładowania telefonu, który pożyczyłem Tomkowi. Po 20 minutach przerwy obiadowej i krótkiej wizycie w sklepie znów byliśmy w trasie. Podjazd tuż za miastem nie specjalnie mi podszedł. Czułem się ciężki po posiłku, a nogi wyraźnie nie podawały. Za to Tomek szukając możliwości rozgrzewki wyrwał do przodu. Zamulając wciągnąłem żel i zastanawiałem się jakim sposobem Tomek wytrzymuje tę pogodę, w ultra cienkiej wiatrówce? Po chwili znów jechaliśmy razem. Z nieba wciąż i nieprzerwanie lały się kaskady wody. W końcu Tomek ogłosił, że jednak musi się przebrać, po czym skręcił na mijaną stację benzynową. Znów byłem sam. Po chwili wzdłuż drogi pojawiły się wygodne i bezpieczne ścieżki rowerowe, ale zanim na nie zjechałem o mało nie zasnąłem za kierownicą. Nagłe otrzeźwienie na które czekałem nie nadchodziło więc turlałem się leniwie skrajem lasu. Minęły mnie dwie osoby. Odpaliłem smsy, z których wynikało, że stawka jadących w maratonie za sprawą awarii, kłopotów zdrowotnych i różnych zdarzeń uległa uszczupleniu. Po punkcie kontrolnym w Radoszycach zajmowałem 13 pozycję. Newsy podziałały dopingująco więc wróciłem na regularną szosę, by nieco przyspieszyć.

Tymczasem zmienił się krajobraz, który wyraźnie zafalował. Pagórki, obniżenia, krótkie zjazdy oraz coraz częstsze zakręty i łuki. Znów coś się działo na drodze, tym samym mogłem ostatecznie pożegnać się z sennością. Dochodziła 16-sta, czyli ta pora dnia w której zwyczajowo czuję przypływ mocy. Ciągle trzymałem też kontakt wzrokowy z trzy osobową grupką jadącą 150-200 m przede mną. Ewidentnie odrabiałem na małych podjazdach. Po jednym z nich, hamując usłyszałem głośny trzask w tylnym kole, które po chwili zblokowało się na sztywno. Puściłem klamkę hamulca, ale niczego to nie zmieniło. Wpadłem w płytką koleinę walcząc z poślizgiem. Koło odblokowało się i po chwili podjechałem na wzniesienie z kościołem w miejscowości Łopuszno. Po prawej wypatrzyłem małą zatoczkę przy sklepie. Szybkie oględziny roweru, kręcenie kołem. Trzask. Ki czort? Poszła piasta? Szprychy? Wpakowałem się do przedsionka sklepu, by schować się przed ulewą. I nagle jest, widzę w czym rzecz. Z zacisku hamulca wystawał aluminiowy strzęp sprężyny, która normalnie rozpiera klocki hamulcowe. Wyciągam tylne klocki. Przez środek obu wyryta głęboka bruzda do samego metalu. Sprężyna przypominała skręcony wielokrotnie wokół własnej osi aluminiowy drut … Pod sklepem tymczasem melduje się kilku jadących. Szybka ocena sytuacji i wyciągam klocki z przedniego koła. Postanowiłem je pozamieniać i jechać bez przednich hamulców do Krakowa, w którym o poranku, mógłbym ogarnąć naprawę w miarę szybko. Przyglądam się przednim klockom. O k…wa … z oklein praktycznie już nic nie zostało! Patrzę na tylną tarczę i widzę, że przybyła jej solidna rysa.

Postanawiam przetestować siłę hamowania. Dwa razy zjeżdżam z podsklepowej górki i po tych próbach wiem, że dalsza jazda w tych warunkach, w terenie który staje się coraz bardziej górzysty, to mocne igranie z losem. Pytanie „co robić?” natarczywie domaga się odpowiedzi. Dodatkowo jestem wkurzony, nie tyle na sytuację, która ma miejsce, co na siebie. Skontrolowałem rower przed maratonem, kompletnie zapominając o sprawdzeniu stanu klocków hamulcowych! „Co robić??” dzwoni w głowie. Patrzę na mapę, kombinując gdzie mógłbym kupić nowe klocki. Kraków odpada. Najbliżej mam do Kielc, gdzie pewnie dałoby się jakoś dotrzeć. Z rowerem, czy bez? Wychodzi mi, że lepiej z rowerem, bo po naprawie mógłbym od razu wrócić do Łopuszna. Przeliczam czas najbardziej optymistycznego scenariusza zdarzeń, w którym jeszcze w niedzielę wieczorem zawijam do Decathlonu w Kielcach, w którym są zamienniki do avidów bb7 … Dojazd, autobusem/stopem, dojazd do sklepu, wymiana, powrót na trasę: 56 km w obie strony … To musi kosztować mnie od 4 do 5 godzin. Na facebooku przyjaciel pyta „Cóż takiego ciekawego jest w tym Łopusznie?” Czuję, że drepczę w miejscu. Pojawia się irytacja i złość, bo minimalizacja start czasu na postojach, plus cały przebieg dotychczasowej jazdy wydaje się być marnym trudem. Myślę. „A co jeśli utknę w Kielcach, do rana, do 10:00, gdy otwierają się sklepy rowerowe?” Zostaje doba na to by zmieścić się w limicie i prawie 400 km do przejechania. Nie tak miało być, nie taki był cel. Mam problem, by zaakceptować fakt, że jedyne o co mogę jeszcze powalczyć to przyjazd w limicie 70 godzin. Zaklinanie rzeczywistości w postaci nakłonienia siebie samego do nocnej jazdy w kierunku Krakowa trafia nie tylko na sprzeciw głosu rozsądku, ale i rozbija się o ścianę deszczu którą widzę. Pod sklepem pojawia się Tomek i przeciera oczy ze zdumieniem. „Co Ty tu robisz?!!”

Wychłodziło mnie solidnie. Szukając iskry zapalnej do tego, by jednak podjąć walkę, piszę do kierownika maratonu (Emesa), że mam awarię i muszę zrezygnować. Na facebooku podobnie, decyzja o rezygnacji kompletnie nie podoba się dopingującym mnie osobom. Natychmiast czuję jak wzrasta ciśnienie presji; z jednej strony dociera do mnie sporo spokojnych i rozsądnych podpowiedzi, jak choćby ta, by „przespać się” z problemem na miejscu, z drugiej strony pojawia się spontaniczna wola pomocy, ot, np. propozycja dowozu klocków do Łopuszna! Kurde, nie spodziewałem się tego, że te emocje, które czuję, są również udziałem tak wielu osób. No tak, ale ja już przed startem wykluczyłem możliwość takiego wsparcia, sam z siebie, bo regulamin nie do końca definiuje to, co wolno, a czego nie…  Pętla zaciska się coraz mocniej i wiem, że muszę coś wybrać. Chochlik szepcze, „Wybierz wycof, będziesz miał go za sobą, w końcu kiedyś musi być ten pierwszy raz. No już, już!” … Trzęsę się z zimna, więc pod przeciwdeszczówkę ubieram ciepłą kurtkę. Dzwonię do żony, z myślą, że ostateczną decyzję podejmę po tej rozmowie. Cały czas waham się, co robić, czego na prawdę chcę? Mam masę sił, oszczędzałem się, w końcu, to w górach miałem na dobre odpalić! Czuję zawód, że nic z tego nie będzie i to brzemię zawiedzionych ambicji towarzyszy mi, gdy wybieram numer telefonu. Pytam, czy mogłaby zgarnąć mnie z trasy. Z Krakowa to godzina jazdy samochodem. Chochlik szepcze tym razem: „Na pewno na niedzielny obiad żony składała się również lampka wina, a może nawet dwie! Nie pojedziesz, oj nie …” Sprawy mają się jednak inaczej. No to czekam… No więc jednak wycof … Klamka zapadła, a ja ciągle nie wiem, czy ten wybór, którego właśnie dokonałem, to właściwa decyzja, z którą jestem w zgodzie. Mija godzina. Nikt nie mija sklepu, teraz widzę, jak bardzo podzielił się nasz maratonowy peleton. Odkręcam koła i wraz z ramą roweru pakuję je w duże worki foliowe. Potem jazda do Krakowa. Prysznic. Obiad. I sen … by złapać reset.

Poniedziałek

Wstaję kompletnie zregenerowany, tak jakby nie było tych prawie dwóch mokrych i zimnych dni oraz 646 km przejechanych non-stop. Mam urlop, więc postanawiam przejechać się samochodem przez Gorce i Podhale, by spotkać się z jadącą ekipą „Sanatorium” (Agata, Witek, Tomek) oraz podopingować kolegów przed nimi – Krzyśka Cecułę i Staszka Ruchlickiego. Kupuję banany i sok pomidorowy – a nóż znajdą się chętni? No i czuję, że być może przydam się nieco na mecie, gdzie Gosia i Emes nie tylko czekają z medalami, ale i ogarniają całą aprowizację dla zawodników.

Spotkanie z „Sanatorium” wypada gdzieś między Dolną, a Górną Ochotnicą. Ekipa dopiero co zrobiła zakupy. Witek pakuje jednak banana. Koleżeństwo ma się całkiem nieźle, ale przed nimi jeszcze sporo gór i cztery podjazdy: Knurowska, Falsztyn, Łapszanka i Brzegi z dojazdem do mety, czyli jakieś 60 km i 1300 m podjazdów … Chwilę rozmawiamy, skacząc z tematu na temat. Dostrzegam determinację jak najszybszego skończenia całej tej zabawy, więc szybko się rozstajemy. Zawracam i kieruję się po śladzie trasy ku mecie. W Brzegach, w dolnej części podjazdu widzę mocno pracującego Krzyśka. Dwieście, trzysta metrów wyżej, z profilem trasy walczy z mozołem Staszek. Na mecie zamienią się kolejnością – całe dwie minuty różnicy po 53 godzinach walki … Kolejny dowód na to, że kolarstwo to piękny sport! Witamy ich na mecie z medalami. W nieco ponad dwie godziny później, na Głodówce pojawiają się Hipki i Tomek Niepokój – „Sanatorium” przekracza więc metę z jednakowym czasem. Kto wie, być może, gdyby nie guma w Skierniewicach i awaria hamulców, właśnie teraz, jak Oni cieszyłbym się wynikiem? A potem siedzimy w schronisku, czekając na Szafara (10 msc) i Tomka Kępczyńskiego (11 msc). Obaj szczęśliwi. Szafar wygląda jakby dopiero co wyszedł z domu na rower – widać, że przyjęta przez Niego i zrealizowana w 100% taktyka „na dwa solidne noclegi”, bardzo dobrze się sprawdziła. Tomek pojechał bardzo mocno w górach, więc widać po Nim solidne zmęczenie, przez które przebija się adrenalina i euforia radości. Oddaje mi pożyczony kabel z wtyczką. Cieszę się, że w ten sposób mogłem Mu pomóc. Na mecie pojawia się ponownie Emes, więc postanawiam wracać do domu. Czuję się nieswojo. Dziś, nie do końca tu pasuję. Dziś i jutro, to miejsce należeć będzie do prawdziwych zwycięzców.

Post Scriptum

Z Helu na Głodówkę. Piękna linia. Mam nadzieję, że narysuję ją do końca za rok. Pomimo wycofania się z imprezy, sporo dał mi ten maraton. Zebrałem doświadczenia. Przetestowałem sprzęt. Dowiedziałem się więcej o samym sobie.  I chyba ta ostatnia z lekcji, jest właśnie tą najcenniejszą!

Post Scriptum raz jeszcze

Alek – dziękuję!

1 Komentarz

  1. BikeAndFire

    Bardzo ciekawa relacje, dobrze się Ciebie czyta. Za rok będzie lepiej, może spotkamy się na trasie 🙂 Pozdro – BikeAndFire

    Powtórz

Dodaj komentarz