Po wiatr, po deszcz i trochę lodu

Nie do końca standardowy wypad „grupy krakowskiej”. Po pierwsze 6 rano jako godzina zbiórki, to stanowczo za późno, jak na utarte zwyczaje. Po drugie, okrojony skład, bo jedziemy z Tyskiem we dwóch. Po trzecie trasa, na którą marudzono, z niewiadomych powodów 😉 Pogoda dostroiła się do tych okoliczności: gdy ruszam na ustalone miejsce spotkania zaczyna lekko mżyć. Są też plusy lekkiego wiatru i nocnego opadu – powietrze wydaje się wyraźnie bardziej czyste. Uścisk dłoni na wiadukcie nad ulicą Stelli-Sawickiego wypada o 6:01, po czym zaczynamy 30 min zmagania z wymianą dętki w rowerze Tyska. Opona zdaje się drwić sobie z naszych wysiłków, więc koniec końców robi się już prawie jasno, gdy udaje nam się ruszyć. Przez miasto na wschód, potem tunelem pod stacją kolejową Nowa Huta, skąd na północny-zachód, wznosząc się na Garb Proszowic. Ciągle lekko mży, na drodze sporo kałuż, ale kilka hopek pozwala dobrze się rozgrzać. Pierwszy postój na herbatę i kanapki robimy w Górnej Wsi (35 km). Do Skały i na zjeździe w dolinę Prądnika pada nieco mocniej, poza tym tradycyjnie już, w Cianowicach wieje z zachodu.

Z Tyskiem w dolinie Prądnika.

Spec Awol i Marin Four Corners … z błotnikami, bo nie ma to jak suchy tyłek 😉

W Trzyciążu skręcamy w lewo i kierując się na Troks zaliczamy zimną sekwencję zjazd – podjazd, po której jedyne czego nam się chce to wizyta w jakimś ciepłym miejscu …

Odcinek Trzyciąż – Troks, zdjęcie – Tysek

Mijamy ruiny zamku w Rabsztynie i … wpadamy do Macka w Olkuszu, gdzie w w spektakularny sposób udaje nam się zalać kawą stolik, krzesło, garmina, telefon i kilka mniejszych drobiazgów. Tysek ocieka kawą, przeprasza, obsługa uspokaja i przystępuje do opanowywania tego chaosu. Zmieniamy stolik, następna kawa w gratisie od firmy, zdaje się wskazywać, że albo wyglądamy jak sieroty, albo cykliści są mile widziani w tym miejscu. Czekoladowe muffiny znikają jeden po drugim, jeszcze tylko zmiana bluzy na suchą i jedziemy dalej. Krótki podjazd przez zalesione wzgórza do Gorenic i zaczynamy długi i całkiem szybki zjazd do Krzeszowic.

Gorenice – zdjęcie: Tysek

Dalszy przejazd przez Niedźwiedzią Górę okazuje się nie lada przygodą, bo prawie cała szerokość jezdni pokryta jest lodem.

Lodowisko Góra Niedźwiedzia.

Tempo spada, więc pod koniec tego odcinka decydujemy się na ostatni postój (110 km). Dopijamy herbatę, znikają lukrowane pierniki… W lesie robi się wyraźnie cieplej, ale już za Chrosną, na zjeździe do Morawicy ciągnie chłodem po kościach. Decyzja może być tylko jedna; szybki dojazd w dolinę Wisły, na ścieżkę rowerową i grzejemy do Krakowa. Znów jest okazja pogadać i pożartować. Salwator, Wawel, Kazimierz. Przybijamy „piątkę” na pożegnanie. Po kolejnych 5 km jestem w domu. Czuję się całkiem dobrze, choć podczas wyjazdu bywało różnie: przez cały dzień towarzyszył mi dziwny ścisk żołądka i słabość po chorowitej, pierwszej połowie miesiąca. Cieszy natomiast brak problemów z kolanem, które przeciążyłem na nartach. Byle do wiosny … 😉

Dodaj komentarz