Powitanie jesieni w Sudetach – dzień pierwszy.

19.09.2016 – Dzień 1: Kraków – Makov (179 km, 8h42min, 2026 m)

Z Krakowa wyjeżdżam po cichu, w końcu miasto dosypia ostatnie godziny przed porannym, poniedziałkowym spleenem.  W wąskiej strudze światła przedniej lampki pojawiają się krótkie, cienkie białe kreski. Mży. Mokre bulwary wiślane, bursztynowy Wawel i jasne, ledowe uliczne lampy. Wilgoć. Na Tynieckiej pada już na całego, powoli przestaję też omijać kałuże – bo i po co, skoro i tak będę mokry? Omijam Skawinę i znaną sobie drogą podążam ku Kalwarii Zebrzydowskiej. W strugach deszczu trudno oderwać się myślami od kontroli drogi, pozalewanych wodą dziur i śliskich wybojów. Na krajówce do Wadowic zaliczam za sprawą pędzących ciężarówek kilka pryszniców, przez co lewy bok mojego ciała coraz mocniej domaga się ciepła. W Wadowicach zjeżdżam więc na stację, kupuję duży kubek kawy i hot-doga. Po chwili siedzę już ponad pokaźnych rozmiarów kałużą wody. Przemiła Pani z obsługi stacji zapewnia, że to „na prawdę żaden problem”. Uśmiecham się. Klikam w telefon i gdy kawa przełamuje wewnętrzny chłód zmagazynowany w kościach ruszam dalej. W bliskim już Andrychowie zjeżdżam w końcu w boczną drogę i zaczynam podjazd pod Przełęcz Kocierską w Beskidzie Małym. Co za ulga, jest cicho, a mglisty las jeszcze potęguje to wrażenie. Gdzieś w połowie podjazdu stwierdzam, że moje oczekiwania sprzed dwóch dni, względem napędu, były nazbyt optymistyczne. Łańcuch zaczyna chrobotać na kasecie, więc szykuje się wizyta w serwisie. Cóż i tak wytrzymał prawie 7200 km. Na przełęczy nie bawię za długo; krótki postój od razu kończy się dygotem ciała. Dopinam kurtkę i zjeżdżam. Zastanawiając się, czy kaseta przyjmie nowy łańcuch, wyrzucam sobie, że nie zmieniłem całego napędu przed wyjazdem: w końcu nowy zestaw leży w garażu od kilku, dobrych tygodni. Nad Zbiornikiem Żywieckim skręcam w lewo, ku miastu, tym samym rezygnuję z przejazdu przez Przełęcz Salmopolską. Po kilku kilometrach, na szczycie niewielkiej hopki w oczy bije reklama serwisu rowerowego. Stoi tuż przy drodze! Genialnie. Serwisant nie wierzy w moje przekonanie co do jakości kasety, proponuje więc wymianę łańcucha i kilka testowych rundek na pobliskim podjeździe. „Jak będzie źle, wrócimy do starego łańcucha”. Szybko go zmienia, a ja z radością stwierdzam, że dogaduje się on z kasetą! Co prawda gdy stanę na pedałach i mocniej przycisnę przeskakuje w dół kasety, ale gdy podjeżdżam „z siodełka” wszystko działa idealnie. Decyduję się więc na zamianę, smaruję łańcuch i postanawiam zjeść drugie śniadanie. Ze strony serwisanta pada jeszcze propozycja herbaty. No pełne „chapeau bas”! Szkoda tylko, że znów wraca miarowy deszcz. W Milówce decyduję się więc na wczesny obiad. Całkiem niezły rosół i podła pizza. Ostatecznie nie najgorsza kawa ratuje reputację tej przydrożnej knajpy. Podjazd przez Kamesznicę do Koniakowa zaskakuje końcówką: na kilku ostrych ściankach, robionych po wąskich łukach, na liczniku zapala się krągłe 20%. Rozgrzany po wspinaczce „łapię oddech” robiąc kilka zdjęć. Zapominam, że przede mną już za chwilę seria zjazdów i niewielkich hopek, więc powinienem ubrać kurtkę. Przewiewa mnie na wylot, ale jakoś nie chcę przerywać jazdy. W końcu wygrywa rozsądek i zakładam wiatrówkę. W ostatnim sklepie przed granicą dokupuję trochę słodyczy i wąskim asfaltem wjeżdżam na wylesione wzgórze. Wokół wierzchołki i pasma gór przykryte chmurami. Trój-styk granic. Stromym szutrem zjeżdżam na Słowację i pod wiaduktem pakuję się, w niebotyczną błotnistą breję. Po chwili wracam na asfalt i kieruję się na Cadcę. Im bliżej tego miasta tym bardziej gęstnieje ruch, poza tym, remontowana droga narzuca konieczność omijania poboczem stojących w korku samochodów. Irytuje mnie to, więc zjeżdżam w prawo, w dno doliny i wąskimi szutrowymi drogami przemykam wzdłuż linii kolejowej. Na krajówkę wracam tuż przed Cadcą, co boli już mniej, bo do dyspozycji mam całkiem szeroki pas ddr. Ostatnie 25 km to stopniowe „zanurzanie się” w dolinę potoku Kysuca. Małe miasteczka, kilka wsi. Gdzieś w połowie tego odcinka zjeżdżam nad rzekę by umyć rower i sakwy. Przed samym Makovem już solidnie „pachnie górami”. Zaskakuje też duża liczba małych pensjonatów i barów. Pod wcześniej zarezerwowany nocleg vis-a-vis kościoła zajeżdżam głodny i spragniony. Formalności trwają chwilę, rower wrzucam do narciarni, a sam ładuję się pod gorący prysznic. Jak na 6 godzin zlewy mokre mam tylko buty, na które zbyt późno założyłem ochraniacze. Zamawiam późny obiad. O dobry nastrój zadbały dwa kufle piwa.

Relive

Dodaj komentarz