Powitanie jesieni w Sudetach – Karkonosze i powrót do Wrocławia.

23.09.2016 – Dzień 5:  Przełęcz Okraj – Karpacz – Przełęcz Karkonoska – Vrchlabi – Przełęcz Okraj (102.5 km, 5h16min, 2481m)

Budzę się bladym świtem. Przez chwilę jeszcze grzebię nogami pod ciepłą kołdrą, ale już czuję, że pora wstawać. Organizm domaga się ruchu, działania. Więc akcja: porządkuję pokój, potem szybkie śniadanie, pakuję tylko niezbędne drobiazgi i wychodzę przed schronisko. Zimno, ale to ten rodzaj górskiego chłodu, który znam i lubię. Dopinam kurtkę i zjeżdżam do Kowar, gdzie u stóp św. Nepomucena robię sobie, krótką przerwę. Ściągam kurtkę i rękawki, zmieniam rękawiczki. Ruchliwa droga u stóp Karkonoszy, hopki na których można się dogrzać i kilka prostych z widokami na góry. W końcu Karpacz, skręt w lewo i zaczynam podjazd w górną część miasta, w okolice kościółka Wang. Prawie 5 km i 270 m w górę … zajmuje mi 26 min jazdy. Nie staję, nie robię zdjęć, kręcę spokojnie. Z góry śmiga kolarz, po chwili jeszcze jeden – ciekawe jak będzie dalej? Od Wangu w dół, przez Sosnówkę do Borowic, do drogi Sudeckiej i podjazdu na Karkonoską Przełęcz. Przed dalszą jazdą odwiedzam jeszcze przydrożne krzaczki … Startuję. Czuję emocje związane z próbą, na „najstromszym podjeździe w Polsce”. Przypomina mi się, jak wielokrotnie będąc w Karkonoszach omijałem ten szlak, poprowadzony wąską strużką asfaltu, na wprost, ku górze. Z perspektywy roweru ta optyka całkowicie się odwraca. Obiecuję sobie nie schodzić z roweru i jechać cały czas co najmniej ze średnią 7 km/h. Jestem tu pierwszy raz, więc nie za bardzo wiem, czy trzymać się łuku drogi, czy skręcać w mijane wąskie asfalty. Patrzę w ekran nawigacji. Wyrysowany ślad robi ostry skręt w lewo. Ściana. Mur. Wrzucam na młynek i zapinam ostro. Ulala. Nachylenie zmienia się szybko na 3% – 9% – 15% i gdy dobija do 20% ściana kończy się gwałtownie. Baranieję, bo przede mną ukośny asfaltowy trawers przez wiatrołom, albo kompletnie zawalony kamieniami stary holweg … w który ochoczo zaprasza mnie nawigacja 😉 Błąd. Muszę zawrócić. To nie tu. Zjeżdżam ścianą do łuku drogi i kręcę łagodnie dalej. Ale wtopa … jeszcze czuję ją w nogach. Pojawia się wątpliwość, jak będzie na właściwym podjeździe. No i w końcu, jest … Tak, poznaję ten znak, był na kilku zdjęciach widzianych w sieci. To tu! Początek nieomal analogiczny do tego sprzed paru minut. Ostra walka na pierwszej ściance, potem „wypłaszczenie” i kolejna ścianka. To rzeczywiście najtrudniejszy podjazd jaki dotąd robiłem, a trudność to nachylenie, nie długość – bo zasadnicza część to raptem 3.3 km. Na „wypłaszczeniu” sięgam po bidon; krótki łyk na bezdechu, nieomal zrzuca mnie z roweru … Głupi pomysł. Mijam napisy, tablicę parku narodowego … Ostatnia ściana. Czuję, że chwila nieuwagi, dekoncentracji, utraty rytmu i góra zrzuci mnie z roweru. Nawet nie próbuję zygzaków, jest za wąsko, więc tnę na krechę. Przypomina mi się segment „Rzeźnia pod Makowem”, gdzie brakowało mi tchu i „Rdzawka”, nad Rabką, gdzie z sakwami wdrapałem się, na limesie swoich możliwości. Tu czuję zapas, ale oznacza on tylko tyle, że mógłbym tak dłużej, ale nie szybciej.  Rzednie las, coraz więcej światła wokół. Staję na pedałach i końcówkę podjeżdżam finiszując. Buuummm – przełęcz Karkonoska! Autobusy, kilka grup turystycznych, totalne przeinwestowanie czeskiej strony tego miejsca, … czuje się tak, jakbym nurkując, wynurzył się nie tam, gdzie planowałem. „Kannst du ein Foto von mir machen?” – zziajany sklecam pytanie w języku, którego nie używałem od lat. Jest pamiątka. Kręci mi się nieco w głowie, od endorfin, wysiłku i pulsujących skroni. Wrzucam na siebie kurtkę, zmieniam chustkę na głowie i siadam na granitowym bloku. Kilka chwil, by uwolnić satysfakcję gapiąc się w niebo. Czekolada rozpływa się w ustach. Baton chrupie „andrutowo”. Mam już ochotę na zjazdy. Szeroka i gładka droga – który to już zjazd podczas tej wrześniowej wyprawki? Jadę w nieznane, bo nigdy nie byłem po tej stronie Karkonoszy. Dolina Łaby. Szpindlerowy Młyn i znów napotkany św. Nepomucen – jakie to typowe dla Sudetów. Ciągle w dół i smaczne myśli, w których „układam plan” na wczesny obiad. Do miejscowości Virchlabi zjeżdżam z obwodnicy, stromymi jak diabli uliczkami, przez osiedle jednorodzinnych domków.  „Pod everesting za stromo” … Pod parasolem, w słońcu, zimne piwo i gorąca fajka. Czekam na stek i zupę z grzankami. Kawa i ciasto w formie deseru. Trzy kwadranse, po których czuję pełną regenerację. Z remontowanej krajówki o numerze 14 skręcam w drogę do Czarnej Doliny (Černý Důl). Podjazd. Bardzo przyjemny, słoneczny fragment. Czarny kot przebiega mi drogę. A potem widzę same koty … Zwalniam. Organizm po kawie dopomina się postojów. I z górki. Nawigacja podpowiada, że przede mną ostatnie 11 km i prawie 400 m różnicy wzniesień. Przeliczam to sobie naprędce i wiem, że to jakieś 50 min jazdy. Jest pusto, a dolina stopniowo rozszerza się w miarę zdobywania wysokości. Polany, łąki, samotne domy. Piękny odcinek. Ostatnie kilometry przyspieszam. Okraj. W schronisku wciąż pustki. Prysznic, zmiana ciuchów. Skrzypią schody, trzaskają drzwi. Schodzą się turyści. Wskakuję do baru obok. Pajda chleba ze smalcem i skwarki, które wyławiam drewnianą łyżką. Piwo. A potem „czas pomyka”. Pusty dotąd pokój zasiedlają nowe osoby: Jurek, Krzysztof i Marek dotarli tu na swoich 29-nerach. Przegląd rowerów, trochę o AWOL-u, trochę o „sztywnych” góralach. Umawiamy się na dalsze pogaduchy. Tymczasem idę na spacer. Dogasa słońce, a ja wbijam w cybuch kolejną porcję tytoniu. Opowieści i żarty. Dzięki Panowie za to spotkanie!

Relive.

24.09.2016 – Dzień 6:  Przełęcz Okraj – Kamienne Góra – Świdnica – Ślęża – Wrocław (127.3km, 5h29min, 653m)

Budzi mnie hałas z pokoju obok. Głośna rozmowa, śmiech, bełkotliwe wspomnienia, w których dominuje wątek heroicznego pijaństwa w różnych miejscach Polski. Staram się zbudować dźwiękoszczelną barierę i mentalnie odgrodzić się od tych żałosnych wynurzeń. Nadaremnie. Przestrzeń wokół wypełnia się, gęstnieje i napiera. W końcu pękam, naciągam majty. Pukam. Bydlęca metafizyka w zmęczonych oczętach. Bezgraniczne zdziwienie. Wiem, że nie będzie łatwo … Stanowczo dopominam się jasnej deklaracji, kiedy skończy się ta impreza. 20 min … Wracam i czekam. Ciche rozmowy i komentarze znów stają się głośne. Pod oczyma znajduję piasek zmęczenia. Zerkam na zegarek – pierwsza w nocy. Narasta we mnie irytacja, w tym stanie na pewno nie zasnę. Wtem z łóżka obok wstaje jeden ze współspaczy. Jest taki spokojny. Podziwiam jego opanowanie. Słyszę, z jaką bezczelną arogancją musi się zmagać. Ruszam ze wsparciem. Za dużo we mnie złości, więc od progu walę prosto z mostu co myślę. Efekt jest natychmiastowy. Zasypiam, choć sam nie wiem, czy to efekt „ciszy”, czy uwolnionych złych emocji. Kolejne przebudzenie. Piąta rano. Zwijam swoje graty, zamykam po ciuchu drzwi i zaczynam się pakować w korytarzu. Schodzę na dół, nastawiam czajnik. Śniadanie, dwie kanapki na drogę i kubek kawy. Na dworze zimny świt. Zjeżdżam na przełęcz Kowarską, a potem skręcam w drogę ku Kamiennej Górze. Czuję bagaż zerwanej nocy, więc rezygnuję z podjazdu na Przełęcz Rędzińską od Pisarzowic. Poza tym marzy mi się kolejna kawa, coś ciepłego do jedzenia. Pocieszam się myślą, że być może wrócę tu, w przyszłym roku, podczas Maratonu Podróżnika (Emes, masz moje poparcie! ;-)). Tymczasem w zimnych dolinach ścielą się mgły. Co chwila zatrzymuję się by robić zdjęcia. W końcu wypijam upragnioną kawę. Nowe siły.  W Witkowie skręcam w lewo i jadę wprost pod wzniesienia góry Gawron, w masywie Trójgarbu. Zaczyna się las, wąska kamienista ścieżka, trochę korzeni i trudniejszego offrodu. Wjeżdżam na kulminację garbu. Porfirowe rdzawe szutry, ochrowe pola i pustka. Piękne miejsce i rad jestem, że tak poprowadziłem tę drogę. Szczawno Zdrój, Pogorzała, Witoszów. Sporo szybkich zjazdów na przedpole Sudetów. Świdnicę mijam okrajkami, na chwilę tylko zatrzymując się nad zalewem. Płasko. Na horyzoncie wyrasta Masyw Ślęży – najwyższa góra Sudetów w paleogenie 😉 Ładnie tu. Na drogach ślady po tegorocznych mistrzostwach Polski w kolarstwie szosowym. Staję w Sobótce. Kolejna kawa i dwie jagodzianki. Kameralne drogi kończą się na krótkim odcinku krajowej 35-ki. Stresujący, sobotni sznur samochodów. Zmykam w Gniechowicach. Przez chwilę siedzę na kole triatlonisty, który ostatecznie mnie zostawia. Wrocław coraz bliżej. W Bielanach Wrocławskich wrze jak w ulu. No i jestem we Wrocławiu. Szybko poszło, choć sam przejazd przez to miasto nie należy do najprzyjemniejszych. Agresywni kierowcy, ścieżka rowerowa, raz z prawej, raz z lewej strony drogi – miasto udaje, że jest przyjazne rowerzystom. Na dworcu jestem ok. 13:20. Przebukowuję bilet na wcześniejszy pociąg do Krakowa. Jeszcze kanapka, coś do picia. Peron. W IC puste wieszaki na rowery. Pociąg rusza, a ja przebieram się w toalecie. Włączam muzykę. Almunia. Miarowy stukot kół usypia. Pod powiekami lecą obrazy z minionych sześciu dni. Zatrzymuję się przy niektórych na dłużej. Wciąż jestem „tu i teraz”, które jednak powoli oddaje pola temu, co przede mną – w powrotach od zawsze widziałem zapowiedź nowej przygody…

Relive

3 Komentarzy

  1. cieplin1

    Świetny materiał, zarówno wcześniejsze części jak i powyższe. Do tego ciekawy dobór trasy. Z niecierpliowścią czekam na kolejne opisy. I mam nadzieję ze wróci Pan na tatrzańskie ściany i będą kolejne monografie ścian. Pozdrawiam!

    Powtórz
  2. Kris

    Bolą mnie wszystkie mięśnie, jak czytam opis wjazdu na Karkonoską. Nie wiem, czy poprę, generalnie wolałbym jednak jechać, a nie prowadzić roweru. Niezmiennie zostałeś obgadany tu i ówdzie, że wyprawa i jej niniejszy efekt wzbudza zazdrosną zazdrość. Super się czytało i oglądało.

    Mam nadzieję, że zdjęcia trafią do kalendarza 🙂

    Powtórz
  3. Krzysiek Sobiecki (Komentarze autora)

    Dzięki za mile słowa 🙂 Tatrzańskie ściany odłożyłem w tym roku do sezonu zimowego – właśnie zaczynam się do niego przygotowywać. Co do Przełęczy Karkonoskiej … hmm, no cóż, podjazd daje w dupę, ale i nieco odpuszcza w środkowej części, więc można się jako tako pozbierać, przed ostateczną ścianką :-). Kalendarz … postaram się wysłać kilka zdjęć z rowerem, ale na wyprawie/wycieczce, jako to mówił bohater pewnego kultowego filmu: „nie mogę być jednocześnie twórcą i tworzywem”, więc nie mam za wiele zdjęć spełniających, ten wymóg formalny.

    Powtórz

Dodaj komentarz