Raz w Bieszczady się wybrałem

No więc masz plan. A plan to termin i jakiś zarys trasy. Bardziej cel, niż dokładnie wybrane punkty pośrednie. Plan to również motywacja i całe emocje związane z faktem wyruszenia przed siebie. Dlatego nie za bardzo zawracasz sobie głowę prognozami pogody, bagatelizujesz drobne problemy zdrowotne, czy zapominasz o pilnej wymianie linki tylnej przerzutki. W odpowiedzi słyszysz ten zew, wewnętrzny imperatyw przygody, którego pierwszym sygnałem jest dźwięk budzika …

A potem jesteś już Ty, rower, droga i cała ta przestrzenna bańka wokół, z jej krwistym świtem i mgielną pustką poranka. Pierwszy podjazd witasz z radością, stajesz w pedałach, by w mięśnie wpuścić nieco więcej ciepła. Rozpinasz wiatrówkę, ocierasz czoło. W ustach rozpływa się smak pierwszego daktyla, bądź słodka masa tabliczki czekolady. Nie przeliczasz cyferek z licznika, nie zaprzątasz sobie głowy matematyką dni poprzednich. Jedziesz. Długa prosta, łokcie na kierownicy i splecione dłonie. Pełny obrót. Pulsują skronie. Poniesie Cię jeszcze nie raz 😉 Sięgasz po bidon. Poprawiasz żelem. Myślisz Bieszczady. Magiczne miejsce z czasów młodości. Komańcza, Cisna, Wetlina, Berehy, Ustrzyki … Profil Smereka, garb Caryńskiej, gniazdo Tarnicy. Pamiętasz zimną, czystą wodę w Wołosatym, namiot w Baligrodzie, ba, nawet zima na Przysłupiu Caryńskim, wydaje Ci się nieodległą przeszłością. I wtedy zdajesz sobie sprawę, że przecież po drodze mijasz rodzinny dom. Konfrontacja celu, z nieprzewidzianą modyfikacją – rodzi w Tobie pokusę zrobienia rodzicom „Niespodzianki”. Ot, wpadniesz na drugie śniadanie, zabawisz godzinę i jazda dalej. W końcu do celu będziesz miał tylko 170 km, taka „większa połowa” z tego co zaplanowałeś. Przeliczasz czas i kilometry (cholerna matematyka), ale przede wszystkim czujesz, że to dobry pomysł. Tymczasem wita Cię chłodna dolina Dunajca. Za chwilę ostro walczysz na podjazdach pod Jamną. Nieco dalej skręcasz na Bruśnik, by wejść na wieżę widokową. Kwadrans po ósmej. W sam raz, by „zapowiedzieć się” w domu krótkim sms-em. Stoisz na wietrze. Liczysz kolejne pasma gór. Te ostatnie zlewają się z linią horyzontu. Słońce. Gęstniejące chmury. Kolejna góra i jeszcze dwie kolejne. Skręcasz na Gorlice i przez kolejne kilka kilometrów uciekasz przed goniącym Cię traktorem. Dziesiąta rano dzwonisz do drzwi …

… Drugie śniadanie wciąż trwa. Przychodzi burza. Ojciec proponuje nalewkę. Mama kusi kawą i ciastem. Rozmowy. Przypominasz ojcu, który to już raz, jak edytować zdjęcia w komputerze, udostępniać foldery i takie tam. Za oknem kolejna burza, a Ty czujesz, że ból nadgarstków, kompletnie niezauważany jeszcze kilka godzin temu, nagle stał się jakby mocniejszy i bardziej przykry niż sądziłeś. Wsiąkasz w nieśpieszny rytm domu. Szperasz wśród książek, odwiedzasz garaż, by poznać powody ojcowskiej dumy. Wiesz, że zostajesz, że nie dotrzesz w Bieszczady, ani dziś, ani jutro, bo w końcu plan, jaki by nie był, zamykał się raptem w dwóch dobach. Ale dobrze Ci z tą podjętą decyzją, w końcu jutro znów wsiądziesz na rower…

Ciepły poranek na Pogórzu. Okolice Gorlic idealnie pokrywają się, z wyobrażeniem miejsca, dobrego na rower. Podjazdy tuż za rogiem. Miejsc widokowych również nie brakuje. Pierwszy postój robisz pod betonową bryłą wiaduktu kolejowego. Mało takich w polskich Karpatach. Chłodny, cienisty podjazd do Ptaszkowej, po którym przeganiasz wiatr zjeżdżając w dolinę rzeki Kamionki, a potem Kamienicy.  Wakacyjne, czekoladowe lody w przydrożnej stacji i jesteś w Nowym Sączu. Dziesiąta rano. Setka do przejechania. Masa czasu … Wigoru Ci nie brak, więc podkręcasz tempo, trochę kluczysz i szukasz. Przeskakujesz przez kolejne pasma, kolejne doliny. Malownicza huśtawka góra – dół, po której można by kiedyś puścić Maraton Podróżnika. Zapamiętujesz tę myśl. Znów lody, gdzieś przed Żegociną, a potem szukasz cienia, na przerwę. W końcu ciągle masz ze sobą, te gary i kuchenkę, dwie garści makaronu i pesto. Obiad w Tarnawie kończysz kawą. Na drodze 964, przed Dobczycami, jak zwykle sięgasz po stały repertuar przekleństw. Niedzielni kierowcy w tych okolicach, są zjawiskowo beznadziejni. Znów jesteś świadkiem tego, że asfalt potrafi się topić. Upał wyciska z czoła ostatnie krople potu. Puste bidony, zamieniasz na pełne. Jesteś coraz bliżej domu, a chciałbyś …  i dalej i więcej. Znasz ten głód, to nienasycenie … Karmisz się jego siłą, z każdym obrotem korby. Rowerowe paliwo, takie proste … „…that’s what I love about cycling, it’s about the ride and nothing else”.

Ślady – sobotaniedziela

1 Komentarz

  1. transatlantyk albo Marek - jak kto woli

    Poezja. 🙂
    Prognozy pogody, drobne problemy zdrowotne, linka przerzutki…skąd ja to znam?
    Piękne skojarzenie z tą bańką przestrzenną. Ona ma jeszcze wymiar czasu i wymiar emocji. Takiej przestrzeni to nawet Einstein nie wymyślił. 🙂

    Powtórz

Dodaj komentarz