Rowerowy styczeń

Zima to niewdzięczna pora roku dla rowerzysty. Wiadomo. W tym banalnym stwierdzeniu zawarta jest nie tylko krótkość dnia, mroczne poranki i szybko zapadający zmrok, ale i mróz, chlapy, sól, zalodzenie … Można by tak długo wyliczać. W Krakowie i okolicach nakłada się na te czynniki również ponadnormatywna ilość zanieczyszczeń powietrza. A jeździć trzeba, zwłaszcza gdy trenażer, czy rolki, to synonimy nudy. Cóż, przyzwyczajeń i uprzedzeń pozbywamy się najtrudniej i sam, wiem o tym, jestem tej prawdy dobitnym przykładem. Jak więc wyglądało to moje „oswajanie zimy na dwóch kółkach” w styczniu?

Po pierwsze … rower zimowy!

Giant World Cup 1996

„Żółtek” jest ze mną od 1998 r. Swoje lata „świetności” ma już za sobą, ale gdy na ulicach robi się biało od soli, wracam do niego w te pędy. Nie inaczej było i w tym roku, gdy w pierwszych dniach stycznia dosypało śniegu. Przeczyściłem stary siedmiorzędowy napęd, przeglądnąłem stan linek i pancerzy, przesmarowałem manetki i ustawiłem hamulce. Voila. Można dzień w dzień dojeżdżać do pracy i z powrotem.

Po drugie … za miasto!

Za miasto, do lasu, w miedze, między pola … zwłaszcza gdy śniegu nie za wiele, a lód jeszcze nie powstał. Jest miękko, rower bardziej płynie niż toczy się, a ewentualne upadki nie są tak groźne. Godzina, dwie … trochę szosowych łączników i znów skręcamy. Termos z herbatą, czekolada i ogrzewacze palców u stóp … i można śmigać ;-).

Po trzecie …



… bo to lubimy 🙂

797 km styczniowych szlaków i dróg oraz 5719 m podjazdów.

Dodaj komentarz