Rumunia – dzień po dniu

Zapis notatek z wyprawy rowerowej na trasie: Budapeszt –  środkowe i wschodnie Węgry – wybrane pasma górskie zachodniej i południowej Rumunii – Zachodni Siedmiogród – wschodnie Węgry – dolina Ondawy i Beskid Niski na Słowacji i w Polsce – Pogórze Ciężkowickie.

13.08.2016 – Dzień 1 – Budapeszt – Endrot (185.4km, 7:56:24, 217m)
https://www.strava.com/activities/676046731

Z Krakowa wyjeżdżam 12 sierpnia, Polskim Busem o 22:50. Masa ludzi jedzie na Sziged Festiwal – całe szczęście, że rozkręciłem rower i spakowałem go w karton, bo pewnie bym się nie zabrał. Śpię całą drogę, przebudzam się gdzieś w Wielkiej Fatrze i na byłej granicy Słowacko-Węgierskiej. Budapeszt w słońcu. Przez godzinę skręcam rower i ok. 8:30 ruszam na wschód. Wyjazd z miasta dłuży się. Potem kilka długich prostych i po 40 km zatrzymuję się w przydrożnym barze na kawę. Pyka fajka. Dalej jadę offrodem – gliny, szutry, przez pola słoneczników i kukurydzy. W pewnym momencie droga ginie w chaszczach, wśród wygrodzonych siatką stawów… Zawracam i jadę asfaltami. W Szolnok przejeżdżam środkiem przez tryskające z płyty rynku fontanny. Dalej ścieżkami rowerowymi, przez doliny rzek Cisa i Keresz. Zajadam jabłka w opuszczonych sadach. W Gyomaendrőd, tuż przed mostem na rzece Keresz zjeżdżam na kemping. Zimne piwo, kąpiel w starorzeczu – jest cicho i kameralnie.

14.08.2016 – Dzień 2 Endrot – Lunca (209.6km, 9:15:55, 541m)
https://www.strava.com/activities/676051998

Z kempingu skręcam od razu w lewo, na wał przeciwpowodziowy i kolejne 62 km, aż do msc. Gyula jadę wzdłuż starorzeczy, zakoli i kanałów rzeki Keresz. Genialna trasa, na krótkim jedynie odcinku wykluczająca przejazd na cienkich, szosowych oponach (da się objechać sąsiednimi drogami). Ja na swoich 42c nie oglądam się specjalnie na nawierzchnię 😉 Granicę przekraczam w Varsánd. Przyjemny wiatr równoważy upał. Kieruję się na wschód, północny-wschód i podrzędnymi drogami, przez liczne wioski i małe miasteczka w końcu wjeżdżam w dolinę rzeki Crişul Negru (Czarny Keresz). Pagórkowaty teren, a na horyzoncie góry Codru i Masyw Biharu. Po lewej, horyzont zamyka masyw Padiszu. Do znajomego hotelarza w msc. Lunca dojeżdżam pod wieczór. Kompletnie zaskoczony Mircea organizuje kolację. Karafka palinki kończy dzień ;-).

15.08.2016 – Dzień 3 – Lunca – Miercurea Sibiului (194.0km, 9:34:23, 1,674m)
https://www.strava.com/activities/677162958

Poranny omlet i dwie mocne kawy szybko stawiają mnie na nogi. Dziś wjeżdżam w góry. Na początek Masyw Biharu. Szeroka droga z Luncki szybko zaczyna piąć się w górę. Gdzieś w połowie podjazdu dopada mnie sfora psów – wyłupiaste oczy i białe kły tuż przy prawej kostce … brr, wyciskam z siebie dodatkowe watty na 9% ściance … Zjazdy szybkie, ale nawierzchnia potrafi zaskoczyć; na jednym z łuków nagle zmienia się w szuter, na którym ledwo udaje mi uniknąć poważnej wywrotki. Zgodnie z planem, dalsze 30 km ma być po szutrach. Zjeżdżam w malownicze polne drogi. Początki są bardzo przyjemne; trochę jadę, trochę pcham, zwłaszcza pod kilkunastoprocentowe ścianki z luźnymi kamolami. „Grawelowanie” kończę gdzieś po 12 km – za dużo dystansu przede mną, a szutry przypominają bardziej dna potoków, niż drogi. Szosą nr 76 zjeżdżam przez miejscowość Brad do Deva. Fajny odcinek, szkoda tylko, że w remoncie i co chwila pojawia się konieczność odstania swojego, w związku z ruchem wahadłowym. Od Devy do Sebes okupuję pobocze krajówki, na której szaleją ciężarówki. Ruch jest kosmiczny, upał jeszcze większy, szczęśliwie pas dla rowerów ma sporą szerokość. Przed Sebes pachną konopie, których przemysłową uprawę (kilka ha) mijam na wschód o miasta. Zbierają się chmury, robi się chłodniej i ewidentnie idzie zmiana pogody. Niepokoję się nieco, bo jutro mam podjeżdżać Transfogaraską. Skręcam pod motel tuż przed Miercurea Sibiului: załatwiam sobie garażowanie roweru, w pobliskiej knajpie zjadam kolację, a w sąsiednich krzakach rozbijam namiot. Wifi „dostarcza” motel 😉

16.08.2016 – Dzień 4 – Transfogaraska (153.9km, 8:52:06, 3,555m)
https://www.strava.com/activities/679482031

Poranny przegląd roweru. Stwierdzam brak jednogo klocka w przednim hamulcu. Wymieniam na zapasowy komplet Aligatorów (metaliczno-żywiczne) i serwisuję łańcuch. Klocki po szybkim dotarciu działają świetnie, do kitu jest natomiast sprężynka, która je rozpiera – za miękka, nie działa jak należy, zostawiam więc oryginalną Avida. Po 53 km jazdy dopada mnie ulewa, w sam raz na węźle dróg nr 1 i 7 – ląduję więc na prawie 2 godziny w pobliskim Subwayu. Długiego melta przepijam sporą ilością kawy, doładowuję telefon i powerbank. W końcu ruszam. Zjeżdżam drogą nr 7 do dna doliny rzeki Olt i skręcam w boczną drogę do Arvig, by choć przez chwilę odpocząć od ruchu na krajówkach. Szybko robi się gorąco i parno. Foregasze widoczne po prawej parują po przejściu frontu. Zaczyna lekko wiać. W końcu, po 89 km skręcam w drogę DN7C i po kolejnych 9 km, ok. 16-stej zatrzymuję się na obiad. Czas szybko mija, a ja wiem, że przede mną 3 godziny wspinaczki. Podjazd zaczynam tuż przed 17-stą. Czas spędzony na obiedzie „wlicza mi się” w czas przejazdu całego podjazdu, postanawiam więc „nie specjalnie” się zaginać 😉 Segmenty leśne, przed wodospadem i potem wyprowadzające do kotła glacjalnego ponad nim, są w moim odczuciu trudniejsze niż ostatnia sekcja słynnych zawijasów. Ostatnie 5 km jadę 35 min i nad jeziorem melduję się po równych 3 godzinach. Końcówka jest już dość zimna – dorzucam wiatrówkę. Nad jeziorem ostatni zwiedzający, generalnie pusto tu, za chwilę zrobi się ciemno. Satysfakcja ze zrobienia tego podjazdu wyzwala nie tylko dużą dawkę radości, czuję jak „urosłem kolarsko” sam dla siebie. Przebieram się w suche ciuchy i wjeżdżam w tunel. Po drugiej stronie wita mnie księżyc w pełni, nisko zawieszony nad granią gór. W szarym już dnie doliny dostrzegam zawijasy drogi zjazdowej. Jest zimno i cicho. Głęboko w dole migoczą pojedyncze światła samochodu. Zjeżdżam. Szalony pęd, pusta droga, maksymalna koncentracja pomieszana z szaloną satysfakcją. Wyję z rozkoszy i pędzę na tyle na ile pozwala mi snop mojej lampy. Chcę dojechać do północnego krańca jeziora. Zjeżdżam nad samą linię brzegową. Jeszcze kąpiel w jeziorze, kolacja pod gwiazdami i kładę się spać.

17.08.2016 – Dzień 5 – Fogarasze – Horezu (146.3km, 7:18:23, 2,911m)
https://www.strava.com/activities/679491615

Wstaję dość wcześnie. Gotuję, suszę ile się da tropik, w końcu ruszam. „Zjazdy” do zapory, to 25 km na których robi się z 500 m pojazdu 😉 Po drodze chwilę rozmawiam z sakwiarzem z Argentyny: ma już za sobą 5000 km, zaczął w Warszawie, był na ŚDM w Krakowie, jedzie na Bałkany. Surly którego dosiada ugina się od ciężkich worów. Z moimi dwoma sakwami na przednim kole wyglądam jak przedstawiciel hardcorowego ultralight-u 😉 Poniżej zapory zjazd jest przecudny i z perspektywy roweru znacznie bardziej ciekawy niż gdy pokonywałem go jako kierowca samochodu. U podnóża gór, aż do miasta Curtea de Argeș, co chwila mijam stoiska z gruszkami. Kupuję takie największe i najbardziej żółte jakie się da – smakują rewelacyjnie. W chwilę później zadaszona altana przy małym sklepie kusi wizją odpoczynku – robię przerwę na drugie śniadanie. W Curtea de Argeș oglądam cerkiew metropolitarną. Upał jak cholera. Kieruję się na Râmnicu Vâlcea i dalej na zachód, by podjechać jak najbliżej Novaci, skąd następnego dnia zamierzam podjeżdżać Transalpinę. Po drodze jest jednak kilka sztywnych i wybierających podjazdów i w Horezu decyduję się na zakończenie dnia. Powietrze jest już ciężkie od wilgoci, niebo ciemnieje i po chwili zrywa się wiatr. Za chwilę lunie, a w koło brak dobrych miejscówek na nocleg. Odwiedzam kilka pensjonatów, ale wszystkie są pozajmowane. W końcu podjeżdżam pod hotel za miastem i gdy naciskam klamkę drzwi z nieba zaczyna lać się kaskada wody. Wiatr szaleje, bije gradem. Armagedon. Oczywiście brak miejsc, nawet nie mają wolnego garażu, ale proponują lobby hotelowe: „if you want to stay, it’s yours” przyjmuję z niekłamaną radością. Mam do dyspozycji sofę, dwa fotele, bezpośredni dostęp do prądu i łazienki … Luksusy. W hotelu bawi kolonia, więc do 22:30 otoczony wianuszkiem nastoletnich chłopców odpowiadam na setki tych samych pytań: skąd Pan jedzie? co to za rower? czy podoba się Panu w Rumunii? itd. 😉 Dzieciaki znikają, gaszę światła w holu, biorę kąpiel w umywalce i wskakuję na sofę…

18.08.2016 – Dzień 6 – Transalpina (138.6km, 8:40:31, 4,291m)
https://www.strava.com/activities/681327497

Wstaję wcześnie i od razu rozpalam kuchenkę przed wejściem do hotelu. Wypijam prawie litr kawy, zjadam 4-y owsianki, masę miodu i pieczywa z dżemem. Jestem nabuzowany na maksa i czuję, że mam „dobrze zrobioną nogę”. Zanim dojadę do Novaci, skąd startuje Transalpina (droga nr DN67C) zaliczam z 800 m podjazdów na dystansie 35 km. Cały odcinek Horezu-Novaci jest jednak przepiękny krajobrazowo. No i pełno wzdłuż drogi sadów śliwkowych oraz studni i ocembrowanych źródeł. Przy sklepie w Novaci skręcam w prawo i od razu wbijam w ściankę 14% … A potem jest już tylko w górę, momentami bardzo sztywno. Pot spływa po nosie i kapie na kierownicę. Inna, zimna struga płynie wartko przez plecy. Do wzgórza z antenami TV dojeżdżam po 2 godzinach, potem trochę odpoczywam. Kawa, cola, lody. I ruszam. Zakosy w pełnym słońcu. Znów robi się sztywno na co drugim skręcie. Podjazd na przełęcz Urdele – 2145 m n.p.m., ma w sobie ten haczyk, że gdy już myślisz, że jest po wszystkim, następuje 200 m zjazd i trawers nad kotłem, po czym rozpoczyna się finalna wspinaczka. Ostatecznie wjeżdżam na wypłaszczenie, skąd jest już tylko w dół. Piwo, kiełbaski z rusztu, chleb. Ubrany na zjazd, cieszę się z faktu, że stosunkowo mało tu aut i motorów. Ruszam. Ja pierniczę, dlaczego tak szybko się to kończy!!! W głębi gór Parang, w miejscu gdzie na wschód odbija droga nr DN7A rozlokowała się sezonowa osada zbieraczy grzybów. Sklecone z niczego budy, jakieś namioty z folii pcv, samochody dostawcze, selekcja zbiorów, wypłaty, targi, kłótnie … Niesamowite miejsce. Zaczyna się podjazd pod niższe pasmo. Robię kilka przerw na zdjęcia, potem napełniam w pobliskim potoku kolejny już raz bidony. Słońce tymczasem chowa się za ciężkimi chmurami. Zaczynam zjazd na północ, w głąb doliny potoku Frumoasa. Przy Cabana Oasa zatrzymuję się na piwo. Zapalam fajkę. Dopiero teraz dociera do mnie fala satysfakcji z przejechania tej trasy. Jadę dalej, chcę spać gdzieś niżej w dnie doliny. Miejscówek pod namiot nie ma za wiele, ale w końcu znajduję małą polankę ukrytą za zaroślami. Wjeżdża się tu przez spróchniały mostek. W głębi polanki rozbijam namiot. Idealne miejsce. Po godzinie, gdy już kończę obiadokolację, ciszę wieczoru przerywa huk walącego się mostku. Jak się później okazuje, to rodacy … wyciągają jeepa, montują się z namiotem. No to mam sąsiadów, choć oni jeszcze o tym nie wiedzą. Gdy kończą się urządzać idę z wizytą. Robi się ciemno. Komentujemy „demolkę w dolinie” z nieco innych pozycji, co nie przeszkadza nam jednak pogadać o atrakcjach turystycznych Rumunii. Zasypiam kamiennym snem.

19.08.2016 – Dzień 7 – Góry Parang – Cluj-Napoca (156.0km, 7:14:46, 1,397m)
https://www.strava.com/activities/681733522

Po wczorajszym dniu nogi jak z waty. Nawet na zjazdach czuję, że nie jestem w stanie dokręcać. Para sakwiarzy którą pierwotnie wyprzedzam, na płaskim odcinku mija mnie i odjeżdża z taką łatwością, że zaczynam aż śmiać się z własnej niemocy. Ale jaja … pierwszy raz w życiu, czuję, że kompletnie nie mam z czego zadawać 🙂 Dlatego przy kolejnym mijanym sklepie robię sobie dość szybką przerwę na drugie śniadanie: jakieś w końcu znośne w smaku pieczywo, topione serki, wędliny, kawa z automatu. Przed odjazdem zjadam jeszcze dwa banany i baton z mleczną czekoladą. Po chwili i tak czuję niedosyt … „Ładne kwiatki”, myślę, „ale mnie wczoraj zdrenowało energetycznie!”. Sebes mijam jakoś rozpędem i dojeżdżam do Alba Iulia. Piękne miasto-twierdza. Na skwerze łapię wifi z pobliskiej kawiarni, odpoczywam. Dziś nie wiele mi się chce, ale i nie nastawiam się na jakiś super długi dystans. W Aiud skręcam w lewo, tym samym opuszczam dolinę rzeki Maruszy i kieruję się na Rimeteę. Urokliwe 32 km pomiędzy rzekami Maruszą a Aresz: po drodze wąwóz skalny Valisoara, klimaciarska Rimetea, gdzie jem obiad, przyjemny zjazd nad rzekę Aresz. Wjeżdżam w zachodnią część Siedmiogrodu. Burze albo gonią gdzieś za mną, albo nieco mnie wyprzedzają, mam więc sporo szczęścia do pogody, zaczyna wiać, ale przy całej mojej dzisiejszej niemocy, przejazd do Kluż-Napoka uważam za jeden z piękniejszych odcinków. Kontrast między kompletną prowincją mijanych wiosek, a wielkomiejskim zgiełkiem miasta jest drastyczny. Jakoś nie mam ochoty na szukanie miejsca pod namiot i zawiajm do motelu, w którym robię solidne pranie. Wieczór na balkonie, serwis roweru, zimne piwo.

20.08.2016 – Dzień 8 – Cluj-Napoca – Merk (Węgry) (191.2km, 8:30:49, 991m)
https://www.strava.com/activities/683469909

Ostatni akord Rumunii, czyli przez zachodnią część Siedmiogrodu i Zalau na Węgry. Dziś czuję co to jest kompensacja. Mam wrażenie, że za chwilę urwę korbę. „Mocy przybywaj, mocy prowadź!” Podjeżdżam wszystkie ścianki na luzie, robię zdjęcia, z gęby nie schodzi banan uśmiechu. Jest słonecznie, robi się gorąco, ale dziś, znane mi górki przed Zalau, na których pokrywam się dobrze znanym już pancerzem z potu przypominającym silikon, po prostu jedynie cieszą. Upajam się jazdą. Długa prosta (4 km) z wykrzywionymi słupami telegraficznymi … Serpentyny i zjazdy. Pasterze owiec. Śliwkowe sady! W Tasnad wbijam na kawę i ciastka. W nadgranicznej Carei wypijam piwo i robię zakupy za resztkę pieniędzy. W podsiodłówkę wciskam melona – muszę go dotroczyć repem, ale ostatecznie trzyma się całkiem solidnie. Tuż za granicą, w Merk skręcam w prawo i nad kanałem wybieram polną drogę wzdłuż pól kukurydzy. Po kilkuset metrach wchodzę w topolowy lasek, gdzie biwakuję. Księżycowa, jasna noc. Srebrne liście topoli. Odgłosy wesela z knajpy oddalonej o 1,5 km. Dobranoc.

21.08.2016 – Dzień 9 – Merk – Zb.Domasa (Słowacja) (194.0km, 8:29:06, 486m)
https://www.strava.com/activities/684170855

Wschodnie Węgry. Płasko jak na stole. W Merk ocembrowane źródełko. Potem na północ, na Mateszalkę. Znów opuszczone sady jabłkowe i śliwkowe, potem trochę winogron. Kolejny dzień, gdy objadam się owocami ;-). Zjeżdżam w boczne szutry. Wokół pola słoneczników, kukurydzy i wielkie łany konopi. W Pusztadobos zaczynam się zastanawiać czy nie jestem na Jamajce – konopie rosną wszędzie. Kisvarda, Cigand, Pacin … rzeka Cisa, charakterystyczny most, granica. Witaj Słowacjo. W Wielkim Kamieńcu stwierdzam, że melon nie przetrwa reszty trasy i zjadam go w całości. Nad rzeką Bodrog mijam najniżej położoną część Słowacji. Upał. Znów boczne drogi wzdłuż rzeki Ondavy. Fajnie się jedzie. Staję tylko przy naprawdę godnych tego jabłonkach 😉 Nie wiem kiedy mijają kilometry. We Vranovie zajeżdżam na stację. Dzwonię do rodziców, którzy mieszkają w Gorlicach proponując im „nocny nalot” – mam ochotę sieknąć 300 km. Zachwyceni nie są, więc jadę nad zbiornik Domasa. Pływam do zmierzchu, jem kolację, palę fajkę wgapiając się w niebo, na którym gdzieś daleko i wysoko „rozgrywa się” burza. Po ciemku rozkładam namiot. Wizja jutrzejszego obiadu w rodzinnym domu uśmiecha. Szybko zasypiam. Budzi mnie deszcz. Leje. Ostro leje. Burza zawitała nad Domasę. Momentami „robi się biało” w namiocie od wyładowań. „Dobra, trzeba to przespać” … odpływam.

22.08.2016 – Dzień 10 – Zb. Domasa – Gorlice (i zupa u rodziców) (110.7km, 6:14:09, 1,074m)
https://www.strava.com/activities/685042773

Budzę się ze strachem, że pewnie przespałem chwilową przerwę w opadzie. Ale nie … leje równiutko. Wyciszam budzik, naciągam śpiwór. Kolejne przebudzenie i rzeczywiście nie pada. Szybko pakuję się, zwijam namiot pod tropikiem, jem śniadaniem. Dopinam sakwy, gdy zaczyna padać. Jadę. Pierwsze 20 km leje, jak na forumowym zlocie. Po chwili deszcz ustaje, a droga szybko obsycha. Pojawia się wiatr; zimny, jesienny, prosto w twarz. Zmulony nieco ciężko kręcę i toczę walkę z tym niewygodnym przeciwnikiem. W Krucovie zatrzymuję się na zakupy i objadam bezpańską gruszę. W Bardejowie znika cała czekolada studencka z bakaliami. Wieje coraz mocniej. Na kilka km przed granicą przydrogowy termometr pokazuje 16C. Beskid Niski … kocham te góry, niby małe, ale zawsze odbierałem w nich jakąś lekcję: pierwszy zimowy biwak, pierwsze ognisko, pierwsze ukochane schronisko na Magurze Małastowskiej, pierwszy rowerowy podjazd na przełęcz Małastowską, który wydawał mi się w wieku 12 lat jakimś niebotycznym wręcz wyczynem. Znów zachciało mi się łazić po Beskidach. Sentymentalnie zakręcony stan miłego sercu continuum. I nawet deszcz w Siarach przyjąłem z radością. W końcu dom. Mama proponuje obiad, ojciec nalewkę. Wybieram wannę … a potem, jem, jem, piję i wiem, że to koniec wyprawy – za dużo luksusów, bym jutro miał kręcić do Krakowa. Zresztą to nie w nim zacząłem całą tą eskapadę …

23.08.2016 – Dzień 11 – epilog kolejowy, czyli do Krakowa ze Stróż by Regio. (22.6km, 1:08:29, 205m)
https://www.strava.com/activities/686019212

Stacja PKP Stróże. … taki sentymentalny nieco epilog wyprawy, bo przecież te 25-30 lat temu to z tego miejsca startowało się w Beskidy, do Zagórza i w Bieszczady, czy wracało do Krakowa na studia. … Nie ma już knajpy z tamtych lat, ale właściciel tej nowej, w której popijam piwo czekając na Regio do Krakowa widział mnie wczoraj gdzieś pod Bardejowem, a dziś poznał mnie po sakwach. Miło się gada 🙂 Przedział rowerowy. Słucham muzyki, której nie włączyłem przez 10 dni. Stacyjki. Stacje. Kraków. To już na prawdę koniec …

p.s. Zupa pomidorowa i talerz pierogów … nie ma to jak domowy obiad 🙂

W sumie:  11 dni – 1602 km – 17 342 m podjazdów

2 Komentarzy

  1. xmk

    Ten „ogromny, nieskończony wiadukt we wsi Lacurile” był kiedyś skończony. To Długi na 1,5 km wiadukt Topolog, fragment linii kolejowej nr 219 Vâlcele-Bujoreni Vâlcea. Kolej budowano z wielkim rozmachem w czasach Ceaucescu – m. in. przekopano dwa długie 2-kilometrowe tunele. Niestety, jak to w tamtej epoce, zrobiono jedną wielką fuszerkę, budowano za szybko oraz ze złych materiałów i już po kilku latach od uruchomienia linii, trzeba było ją zamknąć, gdyż nasypy i obiekty inżynieryjne zaczęły się walić. Pozostały teraz jako ciekawe miejsca do zwiedzania.

    Powtórz
  2. Krzysiek Sobiecki (Komentarze autora)

    XMK dzięki za uzupełnienie historii! Po powrocie zdążyłem już co prawda doczytać na ten temat, ale planując trasę nie byłem świadom istnienia tej budowli. Moje zaskoczenie, tam na miejscu, było ogromne!

    Powtórz

Dodaj komentarz