„Szaleństwo Białej Kreski”, (M5) – pierwsze przejście całości drogi.

Buczynowa Strażnica i Czarne Ściany – zdjęcie z serwisu turnia.pl, od którego wszystko się zaczęło …

W dniach 26-27 marca br. Paweł Pieńkowski dokonał pierwszego przejścia całości drogi „Szaleństwo Białej Kreski”, (M5) na Buczynowej Strażnicy! Wielkie gratulacje Paweł, tym bardziej, że przez ostatnie lata, bardzo często zaglądałeś do Dolinki Buczynowej i skompletowałeś tu ciekawy wykaz przejść!

Zanim zaproszę Was do zapoznania się z relacją Pawła z Jego przejścia, chciałbym jeszcze podziękować Mu za telefon, w którym zaproponował wspólną wspinaczkę na mojej drodze. Przyznaję, że z ciężkim sercem musiałem odmówić, bowiem moja aktualna forma wspinaczkowa jest mizerna, a nie chciałem być jedynie „przeciągniętym”, przez ten piękny kawałek tatrzańskiej ściany. Cóż, rower i „cykloza”, to choroba równie „ciężka” co wspinanie 😉

Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że przejście Pawła, podsumowuje historię „Szaleństwa Białej Kreski”. Od pierwszego przejścia dolnego spiętrzenia ściany minęło ponad trzy lata, a pierwsze, znane mi powtórzenie tego fragmentu ściany padło łupem zespołu Artur Małek i Mariusz Radliński, 9.01.2016 rMam nadzieję, że w następnych sezonach droga ta stanie się celem częstszych wizyt!

P.S. Paweł, no to teraz może pierwsze zimowe przejście drogi „Przypadek, V+„? 🙂

Krzysiek


„Najgorszy i zarazem najlepszy prezent urodzinowy”.

Tekst i zdjęcia: Paweł Pieńkowski, 18.04.2017 r.

Od pewnego czasu ostrzyłem sobie zęby na Szaleństwo Białej Kreski – dosłownie, w rakach. Zeszłej zimy nie trafiłem na warunki, tej zimy też nie wyglądało to zbyt różowo. Aż w końcu pod koniec marca, po nagłym ociepleniu, przyszedł mróz. Czułem, że to ten moment. Niestety czułem też, że mogę mieć problem ze znalezieniem partnera. Pomysł wyskoczył jak zawsze w ostatniej chwili. Utwierdzałem się w tym przekonaniu wraz z kolejnymi telefonami do moich najlepszych ludzi. Niektórzy nie mieli już czasu, niektórzy nogi, a niektórym kobieta chciała nawiać. I wtedy przyszło mi do głowy: a może mógłbyś to przejść sam? Na początku pomysł wydawał się szalony, ale nazwa drogi zobowiązuje. Ponadto wiedziałem, że posiadam wszystkie potrzebne umiejętności, aby to przejść solo. Z drugiej strony okropnie przerażała mnie ta perspektywa. Jednak, co raz pomyślane, już się nie odmyśli.

 

Mroźne okno pogodowe nie było długie, trzeba było się decydować. Także 25 marca zapakowałem się do mojej czerwonej rakiety i ruszyłem na Palenicę. Plan nie był skomplikowany. Porzuciłem marzenia o jednodniowym przejściu. Kiedy wspinam się solo potrzebuję około 2 godziny na wyciąg. Przypuszczałem, że droga oprócz zrobionych 4 wyciągów będzie miała z kolejne 6 na szczyt. Górna część to nowy teren, więc nie chciałem się wspinać w nocy. Zatem przyszykowałem się na biwak i 2 dni w ścianie. Do asekuracji zabrałem Silent Partnera i małpę. Zabrałem jedną linę, połówkową. Jedną – żeby było lżej i żeby wycof nie kusił. Ponadto zestaw kości, camów, 6 haków i 2 igły do trawy.

Plecak solisty gotowy.

W nocy nie spałem dobrze. Jak dla mnie to było naprawdę śmiałe przedsięwzięcie. Co więcej, kolejnego dnia były moje urodziny. Staram się nie być przesądny, ale męczyło mnie to. Nie wiedziałem czy brać to za dobrą kartę czy może los chce, abym się zabił w tym specjalnym dniu. Kiedy wreszcie udało mi się zdrzemnąć, budzik zadzwonił wściekle. Był środek nocy. Wstałem i jak zombie wykonywałem kolejne czynności niezbędne aby rozpocząć wspinaczkę: zjadłem śniadanie, ubrałem się, wziąłem ciężki plecak i poszedłem do doliny Buczynowej. Na miejscu było jeszcze ciemno, ponadto mgliście i wietrznie. Pogoda zniechęcała. Jednak obszpeiłem się i ruszyłem pod ścianę. Znałem tę dolinę. Dlatego mimo mgły moja intuicja doprowadziła mnie prosto do początku drogi. Przygotowałem system do asekuracji, zwinąłem linę i o godzinie 6:15 zacząłem wspinaczkę. Nagle, po pierwszych uderzeniach dziab, mój nastrój uległ diametralnej zmianie. Demony w mojej głowie zniknęły, strach przycichł, myślałem tylko o wspinaniu. Nareszcie!

Pierwsze stanowisko pod drogą. Czas ruszać.

Szedłem prawie idealnie wg schematu Krzyśka (klik 1, klik 2). Szło nieźle, wyprzedzałem założone 2h na wyciąg. Warunki były bardzo dobre. Sucho, mało śniegu, zmrożone trawy. Jednak gdy zjechałem aby zlikwidować pierwsze stanowisko odkryłem, że stała się najgłupsza rzecz na świecie – ptaszyska rozdziobały klapę plecaka. Na początku się nie przejąłem, zacząłem zbierać rozrzucone drobiazgi… wtedy zauważyłem, że zniknęła moja czołówka. Załamałem się. To był koniec, urodziny zrujnowane, można jechać do domu. Zanim spakowałem swoje zabawki, zamontowałem linę na sztywno i zjechałem pod ścianę poszukać czołówki. Bez nadziei łaziłem po dolinie rozglądając się. Po mgle i chmurach nie zostało ani śladu, tak szkoda byłoby zmarnować ten dzień! I znalazłem ją! Czołówkę, w dwóch częściach, 200 m od siebie. Złożyłem – nadal działała. Było już po popołudniu, późno, ale dzień był taki piękny. Nadal miałem ochotę wracać do domu, ale nie chciałem, żeby ta przygoda tak się skończyła. O trzynastej ponownie wbiłem się w ścianę.

Później poszło już gładko. Podążałem prawie dokładnie za schematem Krzyśka. Wyceny właściwie potwierdzam. Po dwudziestej i skończonych czterech wyciągach założyłem biwak na siodełku. Znana część drogi była za mną, nade mną czekało dwieście-kilka metrów nowego terenu. Jednak nie przejmowałem się tym. Ciepły liof, urodzinowe wino, wygodny biwak, muzyka, gwiazdy na niebie, góry w około – lepiej nie mogłem sobie tego wymarzyć. Jutro było zbyt odległe, żeby nad nim rozmyślać.

Widok na trzeci wyciąg ze stanowiska.

Na trzecim stanowisku.

Składnie biwaku zajęło mi sporo czasu, ruszyłem dopiero o 8:00. Znowu zaczynałem się martwić, mnóstwo terenu przede mną, poprzedniego dnia złamałem 2 haki – nie było idealnie, chciałem być już na górze. Pierwszy wyciąg puścił łatwo: założyłem jeden przelot, a resztę pociągnąłem bez. Jednak doprowadził mnie on pod tajemniczy komin, który widziałem na zdjęciach ściany. Start w następny wyciąg doprowadził mnie pod komin, z bliska wyglądało to źle. Cały komin zalany był verglasem, wisiało tam setki malutkich sopelków. Wbiłem dziabę – kiepsko. Wyglądało to na pionowe, trudne, może M6? A może tylko M5? Wiedziałem, że nic tam nie założę. Za mało lodu na śrubę, za dużo, żeby odkuć dobrą szczelinę. Czułem, że mógłbym to przejść, ale za bardzo się bałem na takie śmiałe kroki. Wspinanie solo zmęczyło mi psychę. Odpuściłem ten piękny komin, cofnąłem się do stanowiska. Poszedłem terenem z lewej strony, sprawdzając dokładnie w topo czy jest dziewiczy. Napotkałem tam trawy poprzetykane prożkami i płytami, około M4, wcale nie trywialne.

Szóste stanowisko.

Kolejny, siódmy, wyciąg to była lodowa depresja wyprowadzająca na pole śnieżne. Raczej łatwe, przebiegłem go tak szybko na ile pozwalały mi siły. Stamtąd widziałem już koniec drogi. Nareszcie czułem, że to wspinanie gdzieś się kończy.

Depresja na siódmym wyciągu.

Ósmy wyciąg prowadził mnie przez żleby i pola śnieżne. Miał 10-metrowy lodowy odcinek, który był trochę trudniejszy, ale nic wymagającego, WI3. Doprowadził mnie on pod rynnę wyjściową, która wyprowadzała na przełęcz. Dalej wyglądało łatwo, zaczynałem wierzyć, że to już koniec zmagań.

Następny, dziewiąty wyciąg dał mi prztyczka w nos. Był lód, ale nie było łatwo. Na całym wyciągu osadziłem jedną śrubę i pod koniec jedną igłę do trawy. Rynna wyjściowa spiętrzała się w jednym miejscu, nie było tam bardzo trudno,  M4+, ale psychicznie. Lód był płytki i kruchy, a poza jedną śrubą gdzieś niżej nie byłem w stanie nic założyć.

Rynna wyjściowa.

Rzut oka z przełęczy w grani na pokonaną drogę.

Lina skończyła mi się kilkanaście metrów pod przełęczą w grani. Widziałem już koniec, ale musiałem jeszcze zjechać, zlikwidować stanowisko, wspiąć się ponownie. Ten styl wspinania stawał się tym bardziej drażniący, im bliżej szczytu byłem. Na dziesiątym wyciągu problemy stwarzał jedynie śnieg. Było ciepło, plucha wyjeżdżała spode mnie. Śnieżny nawis wymagał wykazania się umiejętnościami kornika ryjącego w drewnie. W końcu wyczołgałem się na przełęcz i pobiegłem na szczyt.

Widmo Brockenu pod szczytem.

Równo o 17:00 stanąłem na wierzchołku. Koniec udręki. Pogoda była szaro-bura jak cały dzień, tylko czasem przebijało się słońce. Usiadłem, wyciągnąłem zachomikowaną paczkę żelek i wtedy do mnie dotarło: cholera i jak się niby stąd schodzi?! Ale jeszcze przez moment pozwoliłem aby to było nieważne, odpoczywałem. To były wymagające dwa dni, bardziej dla umysłu, niż dla ciała. Dokładnie tak jak przypuszczałem przed wspinaczką: ta bitwa rozegra się w głowie, a nie w rzeczywistości.

Pod szczytem. Można wracać do domu.

Nie spieszyłem się. O 21:00 dotarłem do prawie pustego, poniedziałkowego schroniska. Przeżyłem. Zrobiłem drogę. Nową drogą. Sam. Zaczynało do mnie docierać to wszystko. Zaczynałem się z tego cieszyć. Mogłem wracać do domu i snuć kolejne szalone plany.

Szczęśliwy koniec.

Co do samej drogi, to jest relatywnie łatwa. Większość trudności znajduje się na pierwszych trzech wyciągach, potem teren się kładzie. Żałuję, że nie wbiłem się w komin na szóstym wyciągu. Wtedy jej przebieg byłby logiczniejszy. Może kolejni spróbują i podzielą się opinią. Pierwsza połowa ściany jest dobrze opisana przez Krzyśka. Druga połowa to dość dużo łatwego terenu, poprzetykanego trudniejszymi fragmentami. Dużo z tego można pokonać na lotnej. Dlatego nie jest to dobra droga na przejście solo – podczas solowej wspinaczki, jeśli nie chcesz zwinąć liny i iść na żywca, musisz asekurować się na sztywno i to zajmuje za dużo czasu. Nie radziłbym się sugerować moimi wyciągami i zalecam zakładać stanowiska wcześniej. Podczas solowej wspinaczki przesztywnienie liny jest nieistotne, a wręcz pożądane, dlatego ja ciągnąłem wyciągi do ostatnich centymetrów liny.

Szaleństwo Białej Kreski (M5) cała droga, I przejście Paweł Pieńkowski, solo, 26-27.03.2017 r. Zdjęcie: Krzysiek Sobiecki

Z powodu przygody z czołówką trudno powiedzieć precyzyjnie ile zajęło mi wspinanie. Powiedzmy, że około 17 godzin netto. Trzeba zaznaczyć, że miałem dobre warunki – mało śniegu, betony. Jednak z drugiej strony kiedy się wspina solo, trzeba każdy wyciąg robić w górę, w dół i jeszcze raz w górę – to tak jakbym poprowadził całą ścianę, zjechał na sam dół i przeszedł ją jeszcze raz na drugiego. Dlatego wnioskuję, że zespół w zależności od warunków pokona tę drogę w czasie od 8 do 12 godzin.

Kwestie sprzętowe. Używałem całego zestawu camów BD do żółtego #2 wraz z dwoma microfriendami. Kości osadzałem sporadycznie i obyłbym się bez. Haki ratowały mnie często, szczególnie knify i jedynka. V-ki i łyżki użyłem z raz. Śruby do lodu się przydały, ale nie używałem więcej niż jedną naraz. Igły do trawy zaskakująco bardzo się przysłużyły. Zasadniczo trafnie dobrany zestaw, jednak gdybym miał iść jeszcze raz, to zabrałbym wiatrówkę na wredne ptaszyska. A może zapasową czołówkę? Nie… lepiej wiatrówkę.

Szaleństwo Białej Kreski idealnie wpisuje się w charakter wspinania w Buczynowej dolinie. Droga ma niewygórowane trudności, ale jest długa (z 400 m deniwelacji, 535 m „po linie”) i nie odpuszcza aż do grani. Nie za dużo pionu, za to dużo wspinania w trawie, miejscami w kruszyźnie czy lodzie. Zróżnicowane, ciekawe wspinanie, które wymaga wykazania się wszechstronnością i szybkością, ale wielki biceps nie jest tu potrzebny.

Jeśli ktoś lubi takie górskie przygody, to polecam serdecznie.

Paweł

1 Komentarz

  1. harnas

    Graty Paweł, pozdro

    Powtórz

Dodaj komentarz