Weekend w Beskidach

Wypad w góry planowałem od powrotu z maratonu Piękny Wschód. I jak to bywa z długimi terminami wpisanymi w kalendarz, jedyne czego potrzebowałem to odrobiny pogody. Prognozy tymczasem zapowiadały burze, zmienny wiatr, kalejdoskop warunków z tendencją na umiarkowaną poprawę pod koniec weekendu. Dobre i to. W sobotnie popołudnie niebo spowiły jednak szare chmury, z których leniwie zaczęło kapać, natychmiast gdy opuściłem pracę. Nim dotarłem do Wieliczki padało już na całego. Narzuciłem dopiero co zakupioną kurtkę, założyłem ochraniacze na buty i mocno ściskając kierownicę ruszyłem na południe. Celem wyjazdu była Przehyba w Beskidzie Sądeckim, z noclegiem w schronisku. Rowerem jeszcze tam nie byłem.

 

Deszcz. Mokry asfalt, jak czarne lustro. Zimna szpryca z co większych kałuż. W jeździe w takich warunkach, cieszy każdy najmniejszy nawet zastrzyk komfortu, którego źródłem może być, na przykład, nie tylko suchość ciała, zapewniona dzięki ubraniom, ale nadspodziewanie dobry smak czekolady… Drobiazgi wkurzają, ale i cieszą. Pierwsza, druga, trzecia godzina deszczu. Nie ma tu miejsca na złość, bo ta, nic nie daje, jest za to sporo czasu, by odszukać w tym wszystkim sens. Gdzieś tam, w zakamarkach pamięci, wywołany pędem zjazdu przyleciał do mnie fragment tekstu piosenki …

… oprócz drogi szerokiej oprócz góry wysokiej
oprócz kawałka chleba oprócz błękitu nieba
oprócz słońca złotego oprócz wiatru mocnego
oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba …

Zjazd do doliny Dunajca okazał się diabelnie zimny. Pod wciąż suchą w środku kurtkę założyłem dodatkową bluzę, na nogi goreteksowe spodnie, a i tak, pierwsza napotkana stacja benzynowa przyciągnęła mnie niczym magnes, wizją gorącej kawy. Powoli zmierzchało, gdy pojawiłem się na moście. Dunajec. Parująca rzeka. Tonąca w mgłach i otulona niskimi chmurami dolina i gdzieś tam, wysoko, skryte w nich pasmo Przehyby. Przede mną był długi podjazd, do którego musiałem się przygotować. Sucha koszulka, porozpinana kurtka, spodnie wylądowały w torbie. Jeszcze tylko baton, żel, sporo picia i ruszam.

Po chwili byłem już wyżej, zanurzony w wilgotnym woalu mgieł, z których przesączała się mżawka. W świetle lampy rozproszonym na tysiące wiązek migały białe krople. Snop lampy omiatał najbliższe dwadzieścia metrów drogi, na której trwała sztafeta ślimaków, żab i innych stworzeń. Wjechałem w gęsty las zostawiając za sobą ostatnie światła domów. Asfaltowa droga w górę, „ścianki” i długie, strome odcinki, na których trzeba było zawalczyć. Cieszył mnie fakt, że ciemność i mgła z niechęcią oddawały mi pola. Mniej widzę, mniej cierpię 😉 W sumie jednak podjeżdżało się ciekawie, bez szarpania się z czasem, bo pora i aura nastrajały bardziej do głębokich wdechów parującego lasu, niż zerkania w cyferki licznika. W końcu robię długą agrafkę trawersując las, po której wiem, że niebawem nastąpi koniec tej zabawy. Wjeżdżam pod nadajnik TV. Koniec asfaltu naznaczony dziurami. Modrzewiowe igliwie. Kamienie. I wąski ślad, którym powoli obniżam się w kierunku ledwie widocznego schroniska.

W środku pustki. Trzy osoby grają w karty. Półmrok. Dzwonię i po chwili pojawia się gospodarz. Do dyspozycji mam cały pokój z niewielkim kaloryferem. Wstawiam rower, rozwieszam szmaty. Zalewam liofa oraz herbatę i w międzyczasie wskakuję pod prysznic. Błogostan ciepłych ubrań podbijam smakiem późnej kolacji. Miga telefon. Przeglądam zrobione nim zdjęcia. Zasypiam …

Po mokrej sobocie, słoneczna niedziela. Obfite śniadanie kończę przed dziewiątą, po czym zaczynam zjazd do podstawy pasma Radziejowej. Śliska droga. Omijam kamienie namyte przez strugi wody. Nachylenie rośnie i rośnie. Noc oszczędziła mi tych wrażeń. Zaciskam klamki hamulców. Bukowy las paruje w ciszy, w której jest przestrzeń dla rozkołysanych na wietrze drzew. Pachnie czosnek niedźwiedzi. W dole robi się parno, momentami wręcz gorąco. Przeskakuję przez strome górki ku Dunajcowi, a potem przez kilka równie ładnych hopek dostaję się do Tylmanowej.

AWOL Comp 2014 i zestaw toreb Burra Burra.

Wczorajsze sześć godzin w deszczu, zostawiło jednak ślad w postaci lekkiego kataru. Licząc na ozdrawiającą siłę słońca podjeżdżam na Przełęcz Knurowską. Ładnie tam. Zjazd tą samą drogą do Ochotnicy, kończę przy sklepie. Słońce mocno już grzeje, chowam kurtkę i objadam się banami. Teraz ostro w górę, na Wierch Młynne. Na wrześniowym Maratonie Północ-Południe, pojedziemy tędy w odwrotnym kierunku i trzeba będzie uważać – wąsko, technicznie, trochę namytych kamyków jak to w górach, końcówka po betonowych płytach… A potem zjazd na Zasadne – w odwrotnym kierunku zapowiada się solidna walka. Na szybkim zjeździe do Mszany Dolnej w zieleń lasów powoli wnika koloryt pól i upraw. Białe sady, żółte rzepaki. Zapiekanka na Orlenie. I znów w siodle. Kameralne dróżki w dolinie Raby i w końcu podjazd na Kudłacze. Kolejny debiut rowerowy. Pod schroniskiem sporo ludzi, chowam się więc w jasnym lasku powyżej. Do Krakowa wracam przez Myślenice i liczne pogórskie wzgórza, na których niespodziewanie rozkręca się korba. Naprawiam. Ciepły wiatr przybiera na sile. Popołudniowy przypływ mocy. Ścigam się z własnym cieniem…

Dodaj komentarz