Zlot forum podrozerowe.info – Krzętów, dolina Pilicy.

Rzeka Pilica w okolicach Krzętowa

Dziewiąty w historii forum Zlot, a zarazem drugi na którym byłem, odbył się w Krzętowie, w dolinie Pilicy. Jako pomysłodawca i organizator tegorocznej edycji musiałem pojawić się na miejscu nieco wcześniej. Początkowo planowałem przyjazd z większą grupą osób, które umawiały się w Krakowie, ale ostatecznie wygrała chęć przejechania dłuższego dystansu. Wyjechałem więc tuż przed 5-tą rano, z planem odwiedzenia Pustyni Błędowskiej oraz okolic wybranych zamków Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Trasa zakładała również wizytę w okolicach Czatachowej, ale w ciągu dnia musiałem zmodyfikować jej przebieg, a tym samym długość i czas trwania. Po przygodzie z przednim kołem (rozwarstwiona dętka) i kilku telefonach od właścicielki „Chaty u Brata”, dopytującej o moją godzinę przyjazdu poleciałem już prosto na Krzętów. Trochę szkoda tych 55 km, które przepadły … Trasa wyszła jednak bardzo ładna, widokowa, co przy minimalnym ruchu i pięknej pogodzie złożyło się na bardzo udany dzień. Co było dalej? Trzy dni „zlotowania”: spotkania, rozmowy, ogniska, trochę jazdy, pierwsza w tym roku kąpiel w rzece …

 

Piątek

Z Krakowa wyjechałem kwadrans przed piątą rano. Przywitał mnie chłodny poranek i bezchmurne niebo, a nieco dalej Wisła parująca w pierwszych promieniach słońca. Puste bulwary, na których byłem zupełnie sam, mijany Wawel, klasztor Norbertanek, w końcu wał przeciwpowodziowy, którym dojechałem w okolice zachodniej obwodnicy autostradowej. W Kryspinowie skręciłem na północny-zachód. Dolinki, wzgórza, zalesione pagórki skłonu Jury, pierwsze skałki wapienne. Rower z bagażem, który w odróżnieniu od zeszłorocznego wyjazdutym razem wiozłem w torbach bikepackingowych prowadził się bardzo przyjemnie. Poczułem tęsknotę za dłuższą wyprawą, a zaraz potem, radość z faktu, że mam przed sobą cały dzień na jazdę. Z Krzeszowic wyjechałem na wzniesienia ze wsią Lgota, by skręcić w leśny odcinek do Bukowna. Szkoda, że sporo tu dziur i łat, ale przynajmniej jest kameralnie. W dolinie rzeki Sztoła zatrzymałem się nad wyrobiskiem piaskowni Bukowno. Porośnięte sosnami wydmy i zapach piasku – jak bumerang wróciły nadmorskie wspomnienia. W pobliskich Kluczach minąłem wzniesienie Czubatki i pchając rower przez ostatnie 150 m dotarłem do skraju Pustyni Błędowskiej. Po krótkiej przerwie wjechałem na zalesione pasmo między Kluczami a Podzamczem, skąd już całkiem blisko było pod ruiny zamku w Ogrodzieńcu. Niesamowicie zmieniło się to miejsce. „Jeszcze” 10 lat temu wzniesienie nieomal samotnie zajmował zamek, teraz wzdłuż drogi dojazdowej ciągnie się tu gęsta zabudowa kiczowatych sklepików i kramów, a pod samymi murami zamkowymi rozlokowały się duże obiekty komercyjne. Przegryzam batonik i zmykam zwłaszcza, że przede mną ciekawa część trasy. Najpierw zalesione wzgórza między Skarżycami a Morskiem, potem wylesione garby okolic Rzędkowic. Wracają wspomnienia ze wspinaczkowych wyjazdów… We Włodawicach skusiłem się na zakupy lokalnych drożdżówek. Kręcąc rozglądam się za jakąś przyjemną miejscówką na postój i gdy wypatrzony skraj lasu w Górce Włodowskiej wydaje się być idealny na dłuższy postój łapię gumę, w przednim kole. Szczęśliwie zatrzymuję się w cieniu przydomowych krzaków. Oględziny opony i dętki nie przynoszą odpowiedzi na pytanie, skąd ten kapeć: w oponie brak dziur, przebić, pęknięć, nie tkwią w niej żadne metalowe śmieci, wentyl dętki cały, a jej pompowanie i ściskanie nie ujawnia miejsca defektu. Raz jeszcze kontroluję napompowaną dętkę, ale niczego nie znajdując i mając już dosyć przydrożnego skwaru, decyduję się na założenie zapasu. W tym momencie dzwoni właścicielka „Chaty u Brata” z pytaniem, „gdzie jestem i kiedy będę?”, bo przybywają już pierwsi zlotowicze, a Ona ma awarię komputera, przez co straciła dostęp do listy noclegowej, ze szczegółową rozpiską, kto, z kim i gdzie śpi ;-). Uspokajam tłumacząc, że zlotowicze z pewnością pamiętają o swoich rezerwacjach oraz, że w razie czego to Oni sami mają dostęp do internetowego formularza z noclegami. W międzyczasie kolejnych telefonów zagryzam kupione drożdżówki i skręcam koło. Sytuacja w bazie zlotu wydaje się opanowana, staram się „wrzucić na przysłowiowy luz”, ale mimo wszystko, do głosu dochodzi poczucie obowiązku, które podpowiada, by skrócić trasę. Tym samym, zamiast na Sokole Góry i okolice Żarek, kieruję się przez Mirów i Janów na Żytno. Wyraźnie przyspieszam zwłaszcza, że tuż za Niegową zaczyna się długi zjazd z progu Jury na północny wschód. Piękny widok na płaskie i wielobarwne dno dolin Wierciy i Pilicy. Zatrzymuję się na chwilę przy sanktuarium Świętej Anny i lecę na Żytno, gdzie zjadam dobre lody ;-). Jest płasko, ale nie nudno. W Wielgomłynach, pod sklepem wpadam na Martwąwiewiórkę i Jacka i do Krzętowa dojeżdżamy już wspólnie.

Witam się z właścicielami. Na oddalonym nieco od Chaty polu namiotowym rozlokowali się już pierwsi forumowicze, niektórzy przybyli tu dzień wcześniej. Znajome twarze, przywitania, pierwsze rozmowy. Stawiam namiot. Poznaję właściciela pola namiotowego, ogarniam temat domków kempingowych. W kieszeni spodni ląduje lista noclegowa i ołówek, na szyi saszetka i zamieniam się w poborcę opłat. Z tej roli wyrywa mnie na dłuższą chwilę niezastąpiony rozmówca Łatoś. Siedzimy na trawie, gadamy. Trochę o sprzęcie, trochę o planach. A te układają się w zarys wyprawy. Doskonały początek Zlotu! Znów biegam i zbieram pieniądze, odpowiadam na dziesiątki pytań. Drogę pole namiotowe – chata pokonuję kilkanaście razy… Przybywają nowe osoby, w końcu pojawia się dym ogniska. Organizacyjny kołowrotek trwa. Ściskam dziesiątki dłoni starając się zapamiętać twarze, nicki, aury. Raz się udaje, raz nie. Chwile w których „przystaję” smakują najmocniej. Ciągle czuję lekki stres, który zauważa kilka osób. Delikatne sygnały z zewnątrz, że „jest OK” pozwalają mi w końcu puścić nieco wodze i popłynąć w stan „tu i teraz”. Kolejny posiłek, piwo i jeszcze jedno. Ognisko. Gwiazdy. Noc. Ta mogłaby trwać dłużej …

Sobota

Budzę się wcześnie i przechadzam między namiotami. Cisza. Idę na rzekę, wracam, pstrykam kilka zdjęć. Zaraz po 8-smej rano pojawia się właściciel pola namiotowego. Z synem. Dziwnie to wygląda. Jesteśmy umówieni na rozliczenie noclegów. Trwa przeliczanie namiotów, osób w domkach, weryfikacja z listą którą przedkładam. Kasa się zgadza. Uściski dłoni. I wtedy dowiaduję się, że niecały miesiąc wcześniej jacyś motocykliści odmówili zapłaty za noclegi, grożąc właścicielowi pobiciem. Od razu wiem, po co była ta asysta wyrośniętego syna i skąd promienna radość, po zainkasowaniu pieniędzy 😉 Sobota rozkręca się leniwie. W planach na pierwszą połowę dnia są: spływ kajakowy oraz dwie wycieczki rowerowe. Kończy się śniadanie, powstają grupy. Spore zamieszanie, ale wszystko to toczy się już gdzieś obok mnie. Odpuszczam. Staram się przynajmniej. Gro osób wybiera się na trasę zaproponowaną przed Zlotem. Z tego co pamiętam, nawrzucałem tam kilka odcinków terenowych, bo pierwotnie planowałem przyjazd na nieco innym zestawie opon. Grupa ma swoich liderów, więc cieszę się, że z czystym sumieniem mogę zmienić plany. Małą grupą jedziemy po szosach i szutrach. Gadamy, kręcimy, gonimy Łatosia przez las, robimy zdjęcia. Flow. Słońce i wiatr. Wracamy w sam raz na obiad.

„Kajakarze” też już kończą. Ponoć było warto. Zdania są podzielone, ale kilka ekip zdradza swoim stanem uniesienia, wyższe poziomy zadowolenia. Terenowcy zjawiają się najpóźniej. Wracają małymi grupami. Zdaje się, że momentami była lekka „rzeźnia”, z przedzieraniem się przez tęgie „krzony” 😉 Zmykam nad rzekę. Jest upalnie, więc po głowie chodzi mi kąpiel w Pilicy. Rozgrzany cybuch fajki, puszka piwa i zimne, mokre majty na piasku. Reset trwa godzinę. Dalej obiadujemy. Gramy w siatkę. Palimy ognisko. Popijamy. Rozmawiamy. Jakimś cudem udaje się zebrać do „zlotowej panoramki”, czyli wspólnego zdjęcia. Robert odwala kawał dobrej zdjęciowej roboty. Wirują bańki mydlane, biegają rozbrykane dzieci, powiewa wiatr. Energia zielonej łąki podkręcona przez ponad setkę osób. Między nami krąży mapa zlotowa, na którą się wpisujemy. Zapada zmrok. Kręcę się już wolniej, bardziej w swoim rytmie. Ostatecznie przysiadam i gadam z Massim. W ręce co rusz wpadają mi przeróżne łakocie. Pamiętam też kilka fikuśnych, butelkowych etykietek…

Niedziela

Po rozliczeniu noclegów, śniadaniu i krótkim pobycie w „Chacie u Brata”, gdzie mieszkała część uczestników Zlotu ruszyłem w stronę Krakowa. Celem było objechanie fragmentów trasy wrześniowego maratonu Północ-Południe, na odcinku Lelów – Trzyciąż, na którym zgłaszano trwające remonty i problemy z nawierzchnią. Wizja w terenie przebiegła sprawnie. Wiało w plecy, albo z boku i chyba był to pierwszy wyjazd w tym roku, kiedy wiatr pomagał – miła niespodzianka na zakończenie! Jechało się szybko, nie tylko z powodu wspomnianego wiatru. Gdzieś w Pilicy dostałem sms-a o zarezerwowanym na 16-stą stoliku w pizzerii Nolio. Kto był, ten wie 😉 Gnałem! I po Zlocie

1 Komentarz

  1. cykloza07

    Krzyśku, jeszcze raz bardzo dziękuję za organizację zlotu.

    Powtórz

Dodaj komentarz