Anty-Wyprawka

dscf5790

Czwartek, 10.11.2016 r.

Zimny dojazd do pracy … a potem kilka godzin za biurkiem, by w końcu wskoczyć w pociąg do Wrocławia. Spóźnione IC zostawia mi niecałe 3 minuty na przesiadkę do Wałbrzycha: z peronu 4-go gnam więc na 3-ci, potem jakimś cudem wciskam się w pierwszy wagon z miejscami na rowery. Tuż za Wrocławiem pociąg staje na długie 30 min. Grzejniki zamieniają nas w skwierczące parówki, więc interweniujemy u obsługi o opamiętanie. W odpowiedzi ustaje grzanie i zaczyna dmuchać klimatyzator… Po kolejnych minutach robi się już mało śmiesznie, więc proponujemy wyłączenie wszelkich instalacji 🙂 W Wałbrzychu melduję się z 50 min spóźnieniem, wsiadam na rower i tuż za torami stacji Wałbrzych Główny zaliczam solidny podjazd po zmrożonych trawach i błocie, ku pobliskiej drodze na Unisław Śląski. Pod koniec pcham cały majdan grzęznąc w głębokich koleinach. Dalej jednak jest już tylko lepiej: najpierw szybki asfalt, przy prószącym lekko śniegu, a potem wygodny, biały szuter do Sokołowska, skąd ostro, pod skraj lasu i wiaty, w której spotykam się z częścią ekipy. Reszta osób dotrze do północy. Degustujemy domowe nalewki i wypieki. Czas mija. Kolejna wyprawa po opał do pobliskiego lasu. Rozmowy, anegdoty, kilka ważnych zdań, do zapamiętania i przemyślenia. I nikt nie czuje zimna. W końcu każdy udaje się w swoją stronę. Zasypiam jak dziecko.

Dzień pierwszy - wiata w Górach Suchych

Zdjęcia: „Średni”.

Piątek, 11.11.2016 r.

Zimowy poranek: cichy i biały. Z niskich chmur delikatnie prószy śnieg. Pachnie dym. W ruch idą wszelkiej maści palniki. Śniadaniowe gotowanie połączone z ogniskiem, podczas którego powstaje zarys dalszych planów. A więc jedziemy na Krzeszów, polnymi drogami, a potem „się zobaczy”. Zjeżdżamy stromą i błotnistą ścieżką do Sokołowska, potem trochę asfaltów i wjeżdżamy do sennego i zadymionego Mieroszowa. W pobliżu Rynku znajdujemy czynną cukiernię, więc trudno nie skorzystać z takiej okazji, zwłaszcza, że można się w niej ogrzać. W końcu przez pola przebijamy się ku północnemu-wschodowi. W Krzeszowie, przy byłym opactwie cysterskim duje wiatr. Czekamy na resztę grupy. W międzyczasie dzwoni Kaha, z którą umawiamy się w Kamiennej Górze w okolicach dworca PKS. Ścieżką wzdłuż potoku dojeżdżamy przez Czadrów do pierwszych zabudowań Kamiennej Góry. Na dworcu jest już Kaha i Wąski, który przyjechał samochodem. Pada pomysł by odwiedzić Miedziankę, a w niej mały browar z restauracją. Jedziemy. Po krótkim i mocno błotnistym podjeździe zaczynamy szutrowy zjazd do Raszowa, na którym łapię snejka w tylnym kole. Z pomocą Blondasa w miarę szybko zakładam nową dętkę. Wjeżdżamy w leśne ścieżki Rudaw Janowickich i przez Wojcieszowice w zapadającym szybko zmroku osiągamy Miedziankę. W browarze masa ludzi, ale z czasem udaje nam się usiąść przy jednym, długim stole. Zamawiamy. Pijemy. Zastanawiamy się co dalej, ale powoli poobiednie rozleniwienie bierze górę nad chęcią „eksploracyjnego poszukiwania wiat”. Tym samym zwycięża opcja noclegu w „Bazie 9up” w pobliskim Trzcińsku. Na miejscu okazuje się, że do dyspozycji mamy wystarczającą liczbę miejsc noclegowych, prysznice, kuchnię, palenisko i drewno. Massi czuwa nad ogniem i po chwili rozkręca się impreza. Po północy Kaha i Wąski opuszczają Trzcińsko, a my kładziemy się spać.

Zdjęcia: marg i średni

Zdjęcia: Marg i Średni

Sobota, 12.11.2016 r.

Nocne dywagacje nad mapą, w celu ograniczenia „totalnej anarchii” do rozmiarów „mini planu” skończyły się na kilku istotnych założeniach: do Jeleniej cały czas offrodem, potem spotykamy Emesa i jedziemy na Borowy Jar, skąd przez Góry Kaczawskie lecimy gdzieś na Jawor. Zważywszy na doświadczenia poprzedniego dnia, plan był ambitny, a nad jego realizacją pieczę przejąłem wspólnie z Ricardo. Z lekkim poślizgiem startujemy z Trzcińska i kierujemy się na Karpniki i Wojanów, skąd wciąż trzymając się polnych dróg podjeżdżamy pod wzniesienia za linią kolejową. Przy przekraczaniu torów „wielki Brat” za pośrednictwem megafonu zachęca nas do żwawszych ruchów. W końcu docieramy do krajowej 3, by po chwili zjechać z niej w szutry, którymi objeżdżamy wzniesienie Rybień, w sąsiedztwie stawów. Błotniste ścieżki doprowadzają nas w okolice Jeleniej Góry, gdzie postanawiamy zjeść obiad. Jeszcze tylko wizyta w sklepie i po chwili meldujemy się pod wybraną w nawigacji pizzerią, która ostatecznie okazuje się być „chińską restauracją”.

Obiad w Jeleniej Górze

Obiad w Jeleniej Górze

Zostajemy. Zamawianie i wydawanie posiłków zdaje się nie mieć końca. Na szczęście jedzenie jest zarówno smaczne, jak i przystępne cenowo, więc prawie wszyscy są zadowoleni. W międzyczasie powstaje kilka koncepcji na dalszą trasę, pomieszanych z kilkoma potencjalnymi wiatami noclegowymi. Rozrzut czasowo-przestrzenny dych destynacji zaczyna być zabawny, zwłaszcza w kontekście późnej pory. Zostało raptem dwie godziny do zmroku, a my już w towarzystwie Emesa wjeżdżamy dopiero w Borowy Jar… Emes tego dnia pobił wszelkie rekordy pecha, więc w Siedlęcinie opuszcza peleton, ze złamanym amortyzatorem, roztrzaskaną nawigacją i rozładowanym telefonem 😉 Na trasie przybywa górek, więc jest okazja trochę mocniej pokręcić. Równym tempem wjeżdżam na Płoszczynę, a po zakupach w Dziwiszowie ciągnę pod kolejną górkę ze wsią Kapela. Na szczycie postanawiamy zjechać z drogi 365 do skrzyżowania z lokalną drogą na Podgórki. Celujemy w wiaty położone wśród wzgórz nad Wojcieszowem. Przyjemny podjazd szutrem pod pierwszą z wiat kończy się niemiłym rozczarowaniem – wiata jest bardzo mała, a teren wokół nie zachęca do rozbijania namiotów. Pchamy więc rowery ostro w górę, by wydostać się na grzbiet, skąd zjeżdżamy na wschodnią stronę pasma. Kolejna wiata przypomina tę poprzednią, więc nie pozostaje nam nic innego, jak rozglądnąć się za kawałkiem płaskiego terenu pod obóz. W końcu, przy jednej z leśnych dróg, kiedyś prowadzących do wyrobiska kamieniołomu trafiamy na odpowiednie miejsce. Najważniejsze, że sporo tu leżącego, suchego drewna, jest gdzie rozwiesić hamaki i rozstawić namioty. Rankiem zorientujemy się, że bardziej w głębi położona część terenu to regularne wysypisko śmieci :-). Ognisko przybiera na sile, we krwi buzuje „turbocola”, Średni wykańcza nas prześmieszną historią o „babie bez telewizora”, a Ricardo odkrywa w sobie pasję pilarza, w czym dzielnie towarzyszy mu Czerkaw … Od śmiechu zaczynają już boleć mnie stawy policzkowe :-). Impreza trwa do ostatniej kropli alkoholu, podczas gdy na niebie pojawiają się gwiazdy i księżyc.

W Sokolikach

W Sokolikach

Płoszczyna

Płoszczyna

Tuż przed zmrokiem

Tuż przed zmrokiem

Niedziela, 13.11.2016 r.

Budzę się wcześnie. Przy ognisku krząta się już Średni – podtrzymuje dogasający żar i po chwili ognisko na nowo strzela w górę. Wizyta w lesie ujawnia niezauważone nocą szczegóły, jak tabliczkę „teren monitorowany”, czy fragmenty murów i betonowych ogrodzeń. Między drzewami rzuca się w oczy poszarpany kształt góry Miłek. Biorę się za śniadanie. Wychodzi słońce, które skłania pozostałych do wyjścia z namiotów i hamaków. Wre. Jedni się pakują, drudzy gotują. Popijając kawę przechadzam się z aparatem.

Palimy część śmieci, reszta ląduje na stercie, w głębi kamieniołomu. Plan na dziś, to szybki dojazd do Janowic Wielkich na pociąg do Wrocławia. Jeszcze tylko pożegnalne zbiorowe zdjęcie i ruszamy.

Po szybkim zjeździe do Wojcieszowa skręcamy w prawo, w drogę 328 i wąską doliną rzeki Kaczawy jedziemy między wzniesieniami Młyńca, góry Połom i Cisowej. Z drogi widać część wysokich kamieniołomów wapieni krystalicznych. Krótki postój nad suchym zbiornikiem zaporowym, po czym znów w komplecie osiągamy krajową 3-kę w Kaczorowie. Przed nami ostatni z podjazdów wyjazdu, po którym meldujemy się w Radomierzu. Z drogi roztacza się piękny widok na zaśnieżone szczyty Karkonoszy. W sklepie robimy ostatnie zakupy i po chwili jesteśmy już w Janowicach Wielkich. Krótki postój na skrzyżowaniu to okazja do pierwszych pożegnań. W momencie, gdy dojeżdżamy na stację pkp pojawia się na niej spóźniony pociąg do Wrocławia. Wskakujemy nieomal w biegu, nie ma więc czasu na podsumowanie wyjazdu w większej grupie. W sumie ta nagła ewakuacja wpisuje się w klimat poprzednich dni – spontanicznie nieprzewidywalnych 🙂 Jadę z Blondasem, Ricardo i Tomkiem. Wrocław wita nas słońcem. Na dworcu spotykamy jeszcze Zuzkę, która jest już „w domu”. My po przebukowaniu biletów rozjeżdżamy się do Krakowa i Warszawy.

Tegoroczna Anty-Wyprawka, moja pierwsza, była bardzo udana. To głównie zasługa osób, które brały w niej udział. Dużo pozytywnego wniosło ogólne nastawienie do tego wyjazdu, bez tzw. „napinki”, przez co dało się nieśpiesznie wypracować niezbędne kompromisy. No i co najważniejsze, każdy dał od siebie sporo pozytywnej energii. Za rok jedziemy na szutry, w które zabierze nas Ricardo. Prawdę mówiąc wybrałbym się na nie, już dziś …

2 Komentarzy

  1. kaha

    Śliczne portrety! 🙂

    Powtórz
    1. Krzysiek Sobiecki (Komentarze autora)

      Z ręki strzelane, albo w ruchu, więc różnie wyszło 🙂 Szkoda, że schowałem w połowie dnia aparat, bo brakuje przez to Ciebie i Wąskiego 🙁

      Powtórz

Dodaj komentarz