Debiut na dystansie 500 km – maraton „Piękny Wschód”.

Piątek.

Po nocnym opadzie deszczu miasto tonie w kałużach. Zjadam śniadanie, dopinam ostatnie torby i wyprowadzam rower. Przez moment ustaje deszcz. Jadę na miejsce zbiórki „grupy krakowskiej”, w której jestem wraz z M.arkiem, Lunatykiem i Tyskiem. Pod blokiem m.arka upychamy bagaże i przypinamy nasze rowery, z resztą chłopaków umówieni jesteśmy na pobliskiej stacji benzynowej. Znów leje. Lunatyk dociera z przygodami, skutkiem których ma całkiem mokre buty. Po chwili dociera Tysek. Robimy zakupy w sklepie i ruszamy na wschód. W połowie drogi między Krakowem a Sandomierzem, przerwa na kawę. Lunatyk przeprowadza procedurę wietrzenia skarpetek wraz z suszeniem butów, które lądują na dachu samochodu. Po kilkunastu minutach ruszamy w dalszą drogę. Nastroje dopisują; żartujemy, wspominamy… Kilometry lecą szybko. W ten radosno-beztroski nastrój, tępym zgrzytem wpada, ni to pytanie, ni to stwierdzenie Lunatyka: „Nie wiem gdzie są moje buty?!”. Stajemy i zaczyna się burza mózgów z gorączkowym przeszukiwaniem samochodu. Butów brak. Buty zostały, gdzieś tam, 50 km za nami … Dzwonimy na stację i postanawiamy wracać, jeśli odnajdzie się choć jeden z butów. Po chwili telefon, jest jeden but, no więc … ruszamy na zachód. Szydercze żarty. Lunatyk zmieszany. Śmiejemy się jednak z całego tego zamieszania. Na 0,5 km przed stacją Tysek i Lunatyk przeszukują pobocza, ja z M.arkiem robimy to idąc od stacji w ich kierunku. Znajduję wkładkę, a m.arek drugiego buta. Szkoda, że oba są kompletnie roztrzaskane i jedynie bloki nadają się w nich do użycia – dobre i to. Znów wpadamy na kawę, po której ruszamy na Sandomierz. Znów leje.

W Sandomierzu odwiedzamy mały sklep rowerowy, gdzie Lunatyk kupuje nowe buty. Pada i pada. Mam dość ponure myśli, w kontekście „tego co za oknem”. Do Parczewa dojeżdżamy w strugach wody, zaliczając na ostatnich kilometrach nieplanowany objazd z powodu wypadku i zablokowanej drogi. Podpisujemy listę startową, odbieramy pakiety. Ciężko nawet pomyśleć o rozbijaniu namiotu – deszcz nieprzerwanie napiera. Spotykam Tomka, Turystę, po chwili przyjeżdża Wilk. Krzątanina. Sporo osób już rozłożyło się na sali gimnastycznej. Słyszę Wąskiego, ściskam rękę z Mariobiker-em. Migają znajome twarze. Wychodzę gotować obiad. Nabijam fajkę. Ponura szarość wieczorna. W międzyczasie koledzy stawiają pierwszy namiot, w którym spać będą M.arek z Lunatykiem. Makaron z pesto, parmezan, piwo. „No dobra – pora zająć się organizacją noclegu”, zwłaszcza, że czeka nas jeszcze spakowanie rowerów, montaż numerów startowych i przegląd sprzętu. O wyjściu na imprezę towarzyszącą maratonowi, nawet nie myślę. Krzątanina kończy się ok 22-giej. Zmęczony gramolę się do namiotu. Tysek już śpi. Deszcz tłucze się o tropik. Miarowo odpływam, na raty, powoli, by zasnąć potrzebuję nie tylko kilku przebudzeń, ale i utraty poczucia czasu, czy dygotu ciała. To coś nowego dla mnie. Z reguły stres wywołuje u mnie, w swym finalnym stadium, stan głębokiego uspokojenia…

Sobota i niedziela.

Nocna zlewa kończy się ok. 4-rano. Obfite śniadanie, po którym melduję się tuż po 7-mej na starcie. Zaczyna padać, co nie specjalnie dobrze mnie nastraja. Ostatecznie zakładam ceratę, w której już przejadę cały dystans. Jeszcze tylko montaż rejestratora gps i wraz z pozostałymi osobami z grupy VI-ej stoimy na kresce.

Na starcie w niebieskiej ceratce 😉

7:25 … startujemy. Tuż za rondem wyjeżdżam na czoło grupy, ale po chwili towarzystwo unaocznia mi, że ma „inne plany” i dokłada jeszcze 2-4 km/h do moich 30km/h. No i tyle było jazdy z grupą … całe 4 km 😉 Nie mam zamiaru ich gonić. Moje cele na dziś, to dojechać w założonym czasie, tj. 23 h brutto, bez kontuzji, swoim, równym tempem. Kompletnie nie myśląc więc o tym co przede mną, jadę sobie solo. Tradycyjnie rozkręcam się ok.30-35 km. Mijam pojedyncze osoby. Ze spotkanymi na trasie Stanisławem Piórkowskim i Izą Włosek chwilę rozmawiam. W Piaskach, na 70 km trasy mijam Michała Wolffa, który, jak się domyślam, poprawia coś przy rowerze. Na pierwszym punkcie kontrolnym spotykam sporo osób, ale jako, że się nie ścigam, po zdobyciu pieczątki robię herbatę, zjadam drożdżówki i ruszam dopiero po kwadransie 🙂 Trochę dziwi mnie brak osób z grupy, która startowała za mną, w tym chłopaków z Krakowa. Jadę dalej sam. Trzymam średnią 29 km/h, więc jest bardzo dobrze. Za Szczebrzeszynem zaczyna się zalesiona część Roztocza Północnego. Najpierw długi podjazd, na którym, jak na złość, nie za bardzo mogę się dogadać z siodełkiem, a potem szybki zjazd w obniżenie Józefowa. Ostatnie kilometry przed kolejnym punktem kontrolnym jadę z większą grupą. Na punkcie uzupełniam bidony, zjadam drożdżówkę. Znajome twarze. Kurier relaksuje się paląc papierosa, kilka osób próbuje aktywować swoje nadajniki gps, które przestały być widoczne na monitoringu. Tym razem przerwa jest krótsza. W dalszą drogę ruszam trochę skołowany: obsługa punktu mówi coś o nieprawidłowym przejeździe w razie jazdy bezpośrednio na Susiec. Mój ślad pokazuje jednak, że właśnie tak powinienem jechać. No ale wbrew temu, kieruję się wraz z Kurierem, a raczej kilkanaście metrów za nim, na wieś Długi Kąt, skąd skręcam na Susiec, w kierunku śladu. Niepotrzebna nerwowość. Sięgam po bidon, na wyboistej drodze. W momencie gdy już prawie wkładam go w koszyk, przednie koło podbite na jakiejś nierówności ląduje na prawej krawędzi asfaltu. Z trudem łapię kierownicę trzymając cały czas bidon. Walczę by nie upaść. W końcu wybieram kontrolowany upadek – kładę rower i siebie na lewym boku. O dziwo nie jest źle: obite udo, trzy małe dziury na kolanie i cały rower. Gdzieś z tyłu pojawiają się koledzy Marek i Łukasz. Proponują wspólną jazdę. Dość szybko dociera do mnie jak zgrany i świetnie zorganizowany team tworzą: jazda po zmianach, w tempie 32-34 km/h, komendy i ostrzeganie się przed niespodziankami drogi. Początkowo wiszę na kole, potem wychodzę na swoją zmianę. I kolejną. Udo boli, ale daję radę. Wspólna jazda kończy się jednak na jednej ze ścianek (10%) … Z ust Marka pada krótki wierszyk o „babci, wnuczku i warcabach”, po którym wiem, że oto nadszedł czas pożegnań 😉 Do Horyńca Zdroju udaje mi się jednak dogonić kolejną grupę i ostatnie 10 km przed tym punktem jadę znów „po dość” szarpanych zmianach. W restauracji spotykam ponownie Michała, który w chwilę później odjeżdża. Na moment wpada tu również Hipcia, ale po wbiciu pieczątki znika, równie szybko jak się pojawiła. Tymczasem rozsiadam się na długą przerwę: obiad, doładowanie telefonu, zmiana ciuchów na suchy komplet.

Po 20-stu minutach czuję się solidnie wypoczęty. Ruszam w towarzystwie dwóch poznanych wcześniej kolegów. Z kwietniowej „Wyprawki Roztoczańskiej” znam dobrze cały odcinek Horyniec – Narol. Czuję się całkowicie zregenerowany, jakbym zaczynał jazdę rowerem, a przecież mamy już w nogach ponad 250 km. Wietrzny i chłodny dzień ustępuje z wolna przyjemnemu wieczorowi. Wychodzi słońce, które, choć nisko zawieszone umila jazdę. Trzymam się w czubie grupy, bo szarpane tempo mówi mi, że za chwilę rozerwie się ona na kilka mniejszych. Postanawiam sprawdzić własną nogę i na segmencie „Werchrata climb” wrzucam ostre tempo, które wytrzymuje tylko Kaziu Piechówka. W ten sposób poznaję kompana na dalszą część maratonu. Kolejne hopki i jedziemy w trójkę z Romkiem Piszczatowskim. Działamy na zasadach „jedź albo giń”, więc każdy daje na swoich zmianach tyle ile może. System sprawdza się, bo wszyscy możemy mniej więcej tyle samo: Kaziu szaleje, ja nadrabiam na podjazdach, Romek zagina czasoprzestrzeń na płaskim. Doganiamy i mijamy kolejne grupki, w tym dwie osoby z mojej grupy startowej. Za to na punktach kontrolnych trwonimy czas na nieśpieszne popijanie kolejnych herbatek i kaw. Tuż za nami jadą Lunatyk z Tyskiem, widujemy się na kolejnych punktach.

Z nastaniem nocy nie wiele się zmienia. Punkty są rozmieszczone bardzo komfortowo, co 75-85 km, więc następujące po sobie odcinki trasy szybko mijają. Noc robi się zimna, ale na szczęście jest sucho. Cały czas trzymamy się równego tempa, jedziemy na kilkuminutowych zmianach. Rozmawiamy. Na ostatni punkt kontrolny w Wierzbicy (430 km) wjeżdżamy kilka minut po 2-giej w nocy. Wypijam kawę i małą colę. Grzejemy się chwilę w środku, koledzy zmieniają baterie w lampach. Okazuje się również, że z naszej trójki, tylko ja posiadam sprawnie działającą nawigację. Pojawia się również solista z Danii – Paul Abaek, mocno zmarznięty, ale podpytany o wrażenia z trasy, mocno jest nią oczarowany. Ruszamy. Do mety zostało nieco ponad 70 km i wiem, że już nic mnie nie zatrzyma. Świadomość bliskiego końca jazdy dodaje mi dodatkowych sił. Około 4-tej wszyscy na moment przymulamy, tempo spada do 23-24 km/h. Wjeżdżamy na krajówkę 82, a po chwili w ciemne lasy Poleskiego Parku Narodowego. Dopiero teraz dociera do mnie pustka jaka panuje na drogach: jesteśmy tu tylko my, szum gum, zbliżający się brzask i świergot ptaków. Czuję jak przybywa mi sił, pojawia się ten dodatkowy zapas mocy, który znam z gór, którego źródłem nie są żele, cukry, czy białka, a endorfinowa bańka radości, spełnienia, jakiejś trudnej do zdefiniowania „kompletności ciała i ducha”. Świt witamy tuż przed Parczewem i nawet wyboje na 20 km odcinku Kołacze – Sosnowica nie są wstanie zmienić we mnie radości, jaką daje mi jazda. Ostatnie 15 km ciągnę więc na czele grupy i zdecydowanie przyspieszam. Parczew wita nas słońcem, jeszcze tylko dwa skręty i wjeżdżamy na metę!

Kazimierz Piechówka, Romek Piszczatowski i ja na mecie.

Radość … w której czuję satysfakcję, spełnienie i wdzięczność do kolegów, z którymi pokonałem połowę dystansu. Odbieramy dyplomy, medale, robimy sobie wspólne zdjęcie. Pojawia się Tomek, który gratuluje mi ukończenia imprezy. Nie czuję się zmęczony, nie czuję potrzeby snu, czy szybkiego zaspokojenia głodu. Jedyne czego naprawdę potrzebuję, to zmiany ciuchów, na inne, na suche. Przyjdzie mi na to czekać, do przyjazdu Turysty, który wiezie kluczyki od m.arkowego samochodu. W sobotę bowiem, tak zamieszaliśmy z tymi kluczami, że ostatecznie m.arek został z dwoma, choć to ja powinienem mieć jeden z kompletów. Czas oczekiwania minął przy kilku kawach i rozmowach. A potem prysznic, wyżerka, dłuższy posiad i rozmowy z Tomkiem i Wilkiem oraz Wąskim, Kosolą, Gavkiem i Turystą. Sen jakoś nie chciał nadejść, za to przyjechał m.arek 🙂 Siadam w słońcu z fajką. Tytoń smakuje obłędnie. Zaczynam zastanawiać się nad tym wszystkim czego doświadczyłem. Na spokojnie, ale i mając gdzieś z tyłu głowy wypowiedzi wszystkich spotkanych w ten niedzielny poranek osób. Dociera do mnie ogrom doświadczeń jakie zdobyłem. Zaczynam postrzegać swój udział w maratonie w kategoriach sportowych. Uśmiecham się do siebie, bo wiem, że sporo mogę poprawić, że mogłem mieć znacznie lepszy czas, gdybym tylko od początku nastawił się na wynik i większą dyscyplinę podczas odpoczynków. Puszczam te myśli wolne gdzieś w przestrzeń wokół mnie. To na prawdę nie jest istotne, bowiem ukończyłem swój pierwszy maraton 500 km 😉

Książka wyścigu.

4 Komentarzy

  1. Kris

    Pięknie napisane. Im bardziej patrzyłem na te punkty na mapie, którymi byliście w tamtą sobotę… tym bardziej żałowałem, że mnie z wami nie ma. Gratulacje. Super wynik.

    Powtórz
  2. Wąski

    „wiem, że sporo mogę poprawić, że mogłem mieć znacznie lepszy czas, gdybym tylko od początku nastawił się na wynik i większą dyscyplinę podczas odpoczynków” hłe hłe – jakie to typowe dla koksów – witaj w klubie – co prawda ten maraton jechałem z całkowicie innym nastawieniem ale już następny, mam nadzieję, pojadę z napinką 🙂

    Powtórz
    1. Krzysiek Sobiecki (Komentarze autora)

      No wiem, wiem, że to takie „pitolenie trochę” z perspektywy fotela 🙂 Popatrzyłem na czasy, jazdy i brutto, odpoczynki własne i innych, no i myślę, że kolejne imprezy pojadę jednak nieco inaczej 😉

      Powtórz
      1. Wąski

        No właśnie nie pitolenie tylko analiza. Ja dzięki takiej właśnie analizie przebrnąłem bezboleśnie przez PW w tym roku. Wyciągnąłem wnioski na sucho z innych maratonów, wziąłem poprawkę na brak kondycji i zastosowałem. Też mógłbym bardziej trzymać się planu i mniej czasu się obijać ale nie miałem ciśnienia na to 🙂

        Powtórz

Dodaj komentarz